Pamiątka Reformacji – Instalacja proboszcza
„Łaska Pana Jezusa Chrystusa i miłość Boga i społeczność Ducha
Świętego niechaj będzie z wami wszystkimi.”
TEKST: Gal 5,1-6
Drodzy dla Luteran październik jest miesiącem szczególnym
z pewnością z uwagi na ostatni 31 dzień tego miesiąca – pamiątkę
Reformacji. Pamiątkę dnia, kiedy augustiański mnich przyszedł pod
najbardziej obleganą tablice ogłoszeń miasta Wittenberga i przybił
tam 95 tez, przeciw nadużyciom, które miały miejsce w ówczesnych
Kościele Zachodniego chrześcijaństwa.
Październik to też miesiąc, jakże specjalny dla miejscowej
społeczności ewangelickiej, gdyż w sumie, w tym miesiącu miały
miejsce najpiękniejsze chwile pilskiej Parafii. Poświęcenie naszej
pierwszej kaplicy przy ul. Kilińskiego 7 z naszymi naczyniami
liturgicznymi przez bp Jana Szarka, a dwa lata temu poświęcenie
naszego obecnego Centrum Parafialnego w przez Biskupa Kościoła
Janusza Jaguckiego oraz wprowadzenie obecnej Rady Parafialnej w
urzędowanie.
Październik to także miesiąc specjalny dla mnie osobiście, gdyż
w roku 1999 po raz pierwszy zawitałem do miejscowego zboru i miasta,
w którym do dzisiaj jestem, i wszystko na to wskazuje, że na dłużej
tutaj będę. W tym miesiącu także Zgromadzenie Parafialne wybrało
mnie jednogłośnie na proboszcza swojej Parafii, i dziś zostało
dokonane moje wprowadzanie.
W październiku poznałem także ks. Tadeusza Raszyka – ówczesnego
proboszcza administratora pilskiej Parafii, któremu nasza Parafia
zawdzięcza tak wiele, począwszy do powstania jako filiału, po
erygowanie Parafii, aż wreszcie po dzisiejszą egzystencje wraz z jej
perspektywami.
Ale nie tylko Parafia zawdzięcza księdzu tak wiele, ale i ja
osobiście – to wszystko co dziś potrafię pod względem duszpasterskim
i administracyjnym tego nauczyłem się w okresie wikariackim w
Poznaniu. Dziękuję, także za wzór jakim ksiądz dla mnie jest.
Podobnie jak będący dziś z nami ksiądz Adam Malina – proboszcz mojej
rodzinnej mysłowickiej Parafii. Obok mojego brata, ks Adam jest tym,
dzięki któremu poszedłem na studia teologiczne i zostałem duchownym.
Każdemu młodemu księdzu na starcie są potrzebne wzory, z
których może czerpać. Ludzkie autorytety, z których może brać. A
takie miałem i mam w swym powołaniu w Kościele, za co Bogu przede
wszystkim dziękuję.
Dziękuję mu także za zbór, w którym mogę służyć. Za tą Parafię
jako ludzi, którzy tutaj ze mną są. I nie są tylko dzisiaj, gdyż
jest święto, ale są prawie każdej niedzieli i w tygodniu. Za to, że
mamy wspólne pragnienia i marzenia dotyczące rozwoju naszej Parafii,
za wsparcie, które od was otrzymuje. Naprawdę tutaj chce się
pracować i służyć Bogu. W was drodzy parafianie jest motywacja w
powołaniu. Zarówno dziękuję tym starszym, jak i tym młodszym i
najmłodszym w naszej Parafii.
Dlatego mocno dziękuje za październik!
Za ten dzisiejszy tak ważny dzień dla naszego Kościoła, który
stał się jeszcze ważniejszy dla mnie i dla miejscowej Parafii.
Jednak ten dzisiejszy reformacyjny wieczór powinien nas zmusić do
refleksji nad tym co dało nam dzieło Marcina Lutra i co z niego
postało.
Wittenberski reformator, nie bał się pytać i nie bał się głośno
mówić o tym, czym jest dla niego Kościół i kim jest Jezus Chrystus.
A jak drodzy my wyglądamy w naszych środowiskach? Czy potrafimy być
tak odważni by mówić „Tak oto stoję, inaczej nie mogę” Jestem
ewangelikiem tak chcę, tak mogę i tak zostanie.
Dzień 31 października był dniem odwagi, Luter wiedział, iż jego
krytyka Kościoła rozniesie nie tylko po całej Wittenberdze, ale i po
całym księstwie i kraju. On nie chciał być, jedynie małym
krytykantem jak to często zdarza się w naszym życiu. Gdyż nie
przybiłby 95 tez w najbardziej zatłoczonym miejscu Wittenbergi w
najbardziej ruchliwy wieczór przed Pamiątką Umarłych, kiedy ludzie
różnych warstw społecznych, wieku i z różnych miejscowości
przybywali do miasta. Te tezy były małym kamyczkiem, który wywołał
lawinę, która do dziś się toczy i zbiera swoje żniwo. Jednak w tym
miejscu należy podkreślić, iż ci którzy pozostali wierni nauce ks.
dr Marcina Lutra, postali wierni Chrystusowi. Pamiętajmy, iż ta
wierności nie jest sprawą łatwą. Jest wiele zagrożeń, z którymi nie
dajemy sobie rady, tłumacząc się na różne sposoby, lub też uciekamy
się do różnych sztuczek by ukryć naszą niewierność i zapominanie o
Bogu.
W „Rozmowach Stołowych” Luter opowiedział pewną historię:
„Podczas wojny tureckiej pewien oficer powiedział swym żołnierzom,
że jeśli polegną w walce, będą wieczerzać z Chrystusem w raju.
Oficer ten uciekł z pola walki. Zapytany, dlaczego nie chciał
wieczerzać z Chrystusem, odparł, że tego dnia pościł.”
Wielokrotnie nasze tłumaczenie lenistwa, zabobonów czy
tchórzostwa są podobnej wartości co wytłumaczenie w/w oficera.
W dzisiejszym tekście kazalnym, czytamy:: „Chrystus wyzwolił
nas, abyśmy w tej wolności żyli. Stójcie więc nie zachwianie i nie
poddawajcie się znowu pod jarzmo niewoli.”Jakże często zapominamy w
dzisiejszych czasach w naszych Parafiach i Kościele ewangelickim o
podstawowym przesłaniu reformacji - wolność przez Chrystusa. Często
sami poddajmy się formalizmowi i debatujemy nad mocą zakonu. Często
litera prawa przewyższa idee miłości. To słychać w dysputach
teologicznych w naszym kościele i w naszych zborach.
Zaciera się pojęcie wolność chrześcijańskiej, ponieważ coraz
mniej wśród nas widać ewangelickiej etyki odpowiedzialności. Etyki
odpowiedzialność z nasz kraj, za mojego bliźniego, za moją parafię.
Odpowiedzialności za kogoś. Z kogoś w miłości.
Jak często ewangelicy stali się oceniającymi przez zakon,
literę prawa i formalizm starotestamentowy, jak byśmy byli
obrzezanymi Żydami. Zapomnieliśmy dlaczego Luter odszedł z zakonu
augustianów. Zapomnieliśmy kogo szukał i kogo znalazł w Słowie Bożym
w Ewangelii miłości. To był Jezus wybaczający i przynoszący
wolności. Dlatego ap. Paweł woła dziś w Liście do Galicjan:
„Oświadczam wam raz jeszcze każdemu człowiekowi, który daje się
obrzezać, że powinien cały zakon wypełnić! Odłączyliście się od
Chrystusa wy, którzy w zakonie szukacie usprawiedliwienia,
wypadliście z łaski ”
Chrystus uwalniając nas, poprzez swoją niewinnie przelaną
krwią na krzyżu Golgoty, uwolnił nasze sumienie od grzechu, uwolnił
nas od tyrani zakonu. Uwolnił nas, od jakże ciężkiego boju, który
każdy choćby w jak najbardziej bohaterski sposób toczyłby - to
przegra. Przegra bój o łaskę Bożą.
Pieniądze, odpusty, dobre uczynki, ofiary będą stanowiły tylko
bezsensowny bój. Fallstrat. Bój o dar nie do zdobycia naszymi
ludzkimi staraniami. O łaskę. Bo łaska jest dana nam darmo.
Chrystus nas uwolnił byśmy nie popadali w żadne zniewolenie.
Byśmy cieszyli się wolnością sumienia, które tak często męczyło
Lutra w celi klasztoru erfurckiego. Nie dajmy się z niewolić. Ap.
Paweł w swoim liście, oświadcza wręcz, że Chrystus zrzuca z naszych
barków ciężkie brzemię, uwalnia nas tak, że przed Bogiem możemy stać
prosto. Dlatego nie powinno nikomu nawet przejeść przez myśl powrót
do takiej sytuacji.
Chrześcijaństwo to wolność. Jednak nie wolność w postaci
anarchii, a życia w pozycji miłość do Boga i bliźniego. To dobre
uczynki, nie dlatego by zdobyć Królestwo Boże, ale wypływające z
naszej wiary w łaskę Bożą. To pomoc bliźniemu nie by się podobać
komukolwiek, ale czynione bezwarunkowe, w naszym powołaniu do
wolności. My nie pracuje na łaskę, ale jej oczekujemy! Tak jak
słyszymy to w dzisiejszym tekście kazalnym: „Albowiem my w Duchu
oczekujemy spełnienia się nadziei usprawiedliwienia z wiary” (w 5)
Słyszymy, także w kim mamy oczekiwać łaski. To Duch Święty. On
w nas mieszka i On to, właśnie skłania nas do dobrych uczynków
miłości, które nie są jednak jakimś dodatkiem do wiary, kolejny
powodem, dla którego Bóg ma nas przyjąć. Ale nasza wiara powinna być
działającą wiarą, która objawia się w uczynkach. By droga łaska
płynąca z krzyża Golgoty, nie stała się ta nią łaską. Bez miłości do
bliźniego, bez szacunku, bez pamięci.
Dzisiejsze słowa tekstu kazalnego, w pamiątkę reformacji, mają
nam przypomnieć, czym różnimy w naszym powołaniu od Żydów, Kościoła
rzymsko-katolickiego, kościołów wolnych. Słowem, które ma moc w
Chrystusie wybaczającym i kochającym każdego człowieka – jest to
słowo, a zarazem dar - ŁASKA.
Luter pisał w swoim dziele „O niewoli babilońskiej” (wydanym
zresztą także w październiku) słowa dotyczące idei powołania: „Każdy
winien pozostać wierny swemu powołaniu, które wyznaczyła mu Boska
opatrzność… Nikomu, kto zaniedbuje obowiązki swego powołania nie
pomogą posty, pielgrzymki, odmawiane, pacierze zakupywanie mszy czy
inne tego rodzaju „dobre uczynki”, jakiekolwiek by były. Naprzód
zatroszcz się o swoją żonę, swoje dzieci i biednych, a dopiero
później urządzaj pielgrzymki do Rzymu, stawiaj świece, zakupuj msze,
wznoś nowe ołtarze itp. Zamiast tego kłócisz się ustawicznie z żoną
i pozwalasz się oszukiwać diabłu, robiąc na pokaz „dobre rzeczy”.”
Etyka odpowiedzialności – to nie etyka krytykanctwa, to nie
etyka oceniania, ale bycia wzorem w naszym szacunku do drugiego
człowieka i miłości naszego bliźniego. Bezwarunkowej miłości.
Szacunku do tego co, ktoś drugi robi, co czuje i pomocy mu w tym. W
szczególności gdy jest to praca na niwie Pańskiej.
Otrzymaliśmy w spadku po reformacji bardzo wielki dar –
„wolność”, z którą jednak wielokrotnie nie potrafimy sobie dać rady.
Uczmy się wykorzystywać ten dar, który zawsze na pierwszym miejscu
powinien być używany w miłości wobec naszych bliźnich.
Jak pisze ap. Paweł: Bo wy do wolności powołani zostaliście,
bracia; tylko pod pozorem tej wolności nie pobłażajcie ciału, ale
służcie jedni drugim w miłości. Albowiem cały zakon streszcza się w
tym jednym słowie, mianowicie tym: Będziesz miłował bliźniego swego
jak siebie samego.” (Gal 5,13-14)
Amen
Ks. Tomasz Wola
Święto Żniw
„Bo wszystko, co stworzył Bóg, jest dobre,
i nie należy odrzucać niczego, co się przyjmuje z dziękczynieniem;
Albowiem zostają one poświęcone
prze Słowo Boże i modlitwę”
I list do Tym 4,4.5
W dzisiejszą niedzielę obchodzimy Święto Żniw. W mieście
gdzie rolnictwo już dawno stało się przeżytkiem i przeszłością, a
wszelkie uprawy owoców czy warzyw w naszych przydomowych ogródka
stały się bardziej wyrazem naszych zainteresowań i mile spędzanego
czasu na świeżym powietrzu, niż utrzymania czy wyżywienia się z
naszych zbiorów.
I tak naprawdę, gdy zadamy pytanie czym jest Święto Żniw?
Usłyszymy wiele różnych odpowiedzi: z pewnością, że jest dzień gdy
skończyły się zbiory plonów. A jakich? Raz dobrych raz złych. Dla
jednych bardziej dla drugich mniej udanych. Usłyszymy: że zakończył
się czas ciężkiej pracy w polu. Nadchodzi już coraz głębsza jesień.
Może jeszcze zasiewy, a może już odpoczynek.
Usłyszymy także, iż przyszliśmy podziękować Bogu za jego opiekę
nad nami, nad naszymi rodzinami i nad tym co tak naprawdę
pielęgnowaliśmy przez cały rok.
Gdyż tutaj należy zaznaczyć, iż nie każdy jest rolnikiem w
dosłownym tego słowa znaczeniu. I nie każdy sieje zboże na polu, by
potem zbierać plony.
Dlatego też święto żniw to przede wszystkim święto
dziękczynienia. To znaczy Święto podziękowania. Zarówno rolników,
ale także żołnierzy, nauczycieli i ludzi wszystkich zawodów.
Niezależnie od stażu, wieku czy narodu. W święto Żniw wszystkich
łączą słowa: Dzięki Ci!
Ponieważ dziś obchodzimy radosne święto dziękczynienia. Święto
poczucia spełnienia i satysfakcji, za otrzymywane od Boga dobro.
Gdyż Bóg jest z nami błogosławi nam i spełnia nasze pragnienia. W
szczególności pragnienie, które tak często zanośmy w Modlitwie
Pańskiej: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.A także
dziękujemy za owoce z ziaren, które znajdują w naszym wnętrzu.
Apostoł Paweł zwraca się do nas słowami: „Kto sieje skąpo,
skąpo też rządź będzie, a kto sieje obficie, obficie też rządź
będzie.” To werset, który nie jest przestrogą dla rolników z ich
pracą na polu, ale wiadomości i ostrzeżenie dla każdego człowieka,
dla każdego świadomego chrześcijanina. Dla nas, dla tych którzy dziś
przyszli powiedzieć Bogu „dziękuję”.
Tu pod słowami ap. Pawła jest ukryte wydarzenie naszego życia.
Naszych życiowych żniw. Z tego w jaki sposób szafowaliśmy ziarnem,
które było i jest raz w sercach, raz w dłoniach a raz ustach.
Gdyż w ręku kryje się siła do tego, by pomagać innym swym
czynem, stając się podporą dla starszych, dobrym przykładem dla
młodszych. W ciele kryje się moc, by pomagać w sprawach
najprostszych – fizycznych, jednak czasami zbyt ciężkich, by dać
sobie rad z tym samemu.
Jest jeszcze słowo – często płynące z naszych ust, które raz
potrafi być ziarnem otuchy i radości, czasami ziarnem napomnienia i
zdrowego rozsądku i innym razem wolności i nadziei.
Jednak to wszystko i czyn i mowa wypływa z naszego serca, które
jest źródłem różnych ziaren i owoców stanowiących koloryt wydarzeń w
naszym życiu. Stanowiących o tym jakim jesteśmy.
I dziś przychodzimy rozliczyć się także z plonu naszej
codzienności, z żniwa naszego postępowania. Czy możemy powiedzieć,
iż obficie rznęliśmy tego rok? I czy obfity plon wydaliśmy?
Święto dziękczynienia za żniwa, które co roku obchodzimy jest
świętem mającym z większą mocą zwrócić naszą uwagę na to co działo
się z naszym życiem, jakimi byliśmy i jesteśmy. Abyśmy zadali sobie
pytanie. Czy jesteśmy z siebie zadowoleni? A może mogło być lepiej?
I czy w przyszłym roku może lepiej troszczyć się o ziarno, które
jest w naszym sercu? Czy możemy lepiej siać? Jestem pewny, że TAK!
Dzisiejsze święto stara się zwrócić nam także uwagę na to by
żyć szczodrze wobec naszych bliźnich. Jak mówią słowa Psalmu
„Ochoczego dawcę Bóg miłuje.” Te słowa zostały wypowiedziane
przeszło półtorej tysiąca lat temu. A jednak wiecznie żyją pośród
nas. I wciąż nawołują byśmy potrafili być darczyńcami. Byśmy nie
tylko brali, ale przede wszystkim umieli się z innymi dzielić, tym
co mamy. Gdyż bycie egoistą jest najłatwiejszą rzeczą jaka jest na
ziemi. Zbieranie wszystkiego tylko dla siebie. Stawianie swej osoby
w centrum wszelkiego zainteresowania oraz wiążąca się z tym chciwość
i pazerność – to wszystko proste. I to wszystko mamy też w
otaczającym nas świecie.
Jednak to wszystko jest dalekie od chrześcijaństwa. Od
Chrystusa i Jego krzyża, od miłości do człowieka – od bliźniego.
Bycie szczodrym a zarazem w szczerym w ludzkim zachowaniu. Jest
ogromnym wezwaniem dla nas jako społeczności, ale także dla każdego
z nas jako jednostki, żyjącej w świecie, gdzie otacza nas dużo
kłamstwa, przemocy i niesprawiedliwości społecznej. Jednak w tym
właśnie świecie my musimy się znaleźć jako chrześcijanie - jako
„Dobrzy Samarytanie”.Nie tylko będący odpowiedzialni za siebie, ale
przede wszystkim za innych. My jako naśladowcy Chrystusa, naszego
Pana i Zbawiciela staliśmy się szafarzami Jago nauki i Jego ziarna,
które On nam pozostawił w spadku. Staliśmy się rolnikami, którzy
mają iść i to ziarno rozsiewać. Jak to zrobić? – ktoś spyta.
Odpowiedź jest prosta. Dać świadectwo swoim życiem. Być
szczodrym i pokornym, aczkolwiek słów jakimi można byłoby określić
nasze życie i wzorowe zachowanie jest wiele, lecz każde jedno będzie
się wiązało z tym największym: miłość. Jak powiada ap. Paweł w
liście do Koryntian„Tak więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te
trzy lecz z nich największa jest miłość”. Miłość do Boga, miłość do
ludzi.
Oczywiście czasami jest tak , iż ziarno rozsiewane przez nas
nie zawsze wyda dobry owoc, gdyż nie zawsze padnie na podatny grunt.
Tak ja było to w przy powieści o siewcy. Raz spadnie on pomiędzy
skały , raz je ptaki zjedzą, raz uschnie na drodze a raz je ludzie
zdepczą, w szczególności nam może przydarzyć się to ostanie. Patrząc
na świat, który coraz bardziej jest toczony przez chorobę, która
nazywa się znieczulicą społeczną, lecz ta choroba nie może mieszkać
w nas. W nas ludziach którzy nazywamy się chrześcijanami – ludźmi
wierzącym i miłującymi. Ludźmi zawsze chętnymi do pomocy, tak jak
zawsze chętnym do pomocy był jest i będzie nasz Pan Jezus Chrystus.
I tutaj należy zaznaczyć, iż czym więcej dobrych ziaren w
naszym życiu tym dalej i tym głębiej one dotrą, gdzie jeszcze mogą
wydać wspaniałe owoce. Będąc chrześcijanami wciąż musimy być
siewcami. Siewcami dobra i miłości. A dzisiejsze święto powinno stać
się dla nas zarówno dniem podziękowania jak i obietnicy tego, iż
wciąż będziemy z pokorą pracownikami na roli naszego Pana. A te
owoce na ołtarzu, powinny nam przypominać o Owocach Duch Świętego,
które mają gości w naszych sercach. Te owoce wyrosłe z ziarna
zasianego przez Chrystusa wciąż dojrzewają. Rodząc nowe ziarna
zapowiadają nam przyszłe plony.Dzisiaj przychodzimy Bogu dziękować.
Jednak to słowo „dziękuję” powinno gościć codziennie na naszych
ustach. Czy są to dla nas tzw. dobre czy złe dni, smutne czy
radosne. Jednak zawsze błogosławione i będące dla nas nauką.
Dziś dziękujemy za żniwa. Jutro dziękujmy za wschodzące słońce.
Teraz prośmy o miłość za chwilę za nią dziękujmy. Pamiętając przy
tym o słowach iż.: „Bóg pysznym się sprzeciwia a pokornym łaskę
daje.”
Amen
Ks. Tomasz Wola
Tekst kazalny: Dz 17,22-32
Drodzy bracia w urzędzie, od początku powstania Kościoła
chrześcijańskiego apostoł Paweł, stał w nim na czele ludzi
kształtujących jego myślenie religijne, będąc największym z
teologów. Jego nauka do dziś jest niepodważalnym kryterium dogmatu
chrześcijańskiego.
Bóg głoszony przez Pawła, to Bóg każdego „Czy to Żyda, czy
Greka”. A jego mowa na Areopagu, stanowi dla nas będących sługami
Słowa Bożego wzór jak mówić, by być słyszanym.
Scena z Areopagu jest obrazem teologa, który odpowiada, jak
czytamy w 17,19b „Czy możemy dowiedzieć się co to za nowa nauka,
którą głosisz?, gdy Ateńczycy zwracają się do Pawła.
Państwo Grecji, od wieków było miejscem gdzie szukano
odpowiedzi, gdzie pytano o wszystko, przede wszystkim jednak: o
Boga, świat i człowieka. Gdzie słynna grecka Agora do dziś jest
pamiętana jako miejsce wielu dysput, początku wielu religii, nurtów
filozoficznych i odpowiedzią na wiele pytań dotyczących człowieka i
Boga. Tam je znajdowali Sokrates, Platon czy Arystoteles. To właśnie
świat Aten ogromnej kultury i wiedzy.
Tam też ludzie pragnęli usłyszeć to, co Paweł ma im do
powiedzenia. Paweł teolog – odpowiadający. Chcieli poznać Boga z
pustego miejsca niedaleko Aeropagu.
Gdy wczytamy się w tekst, mowy pawłowej dojrzymy w nim trzy
odpowiedzi, których teolog udziela.
Pierwsza z nich mieści się w twierdzeniu, że dla tych, którzy
kierują do niego pytanie odpowiedź już jest znana. Jak czytamy w
wierszach 22 i 23 „Widzę że pod każdym względem jesteście ludźmi
nadzwyczaj pobożnymi. Przechodząc bowiem i oglądając wasze
świętości, znalazłem też ołtarz, na którym napisano. Nieznanemu
Bogu. Otóż to, co czcicie, nie znając ja wam zwiastuję.”
Apostoł Paweł dostrzega w ich religijnej niewiedzy ogromną
mądrości i wyczucie duchowe. Podkreślając bliskość Bożą która jest
przy każdym człowieku. Obecność Boga, w którym żyjemy i w którym
jesteśmy, nie pomijając tych do których zwraca się w bezpośredniej
mowie Paweł teolog.
A także i ludzi, którzy przychodzą do nas z pytaniem o swą
religijność.
Stąd nasza odpowiedź powinna brzmieć, iż wyją macie i znacie.
On nasz Bóg żyje obok was i przy was. Musimy jako teolodzy
odpowiedzi, potwierdzić iż ani my, ani oni nie jesteś poza Bogiem.
Nawet ateiści, którzy od wieków chcieli negować Boga, negowali
go tylko innym obrazem Boga. Gdyż prawdziwy Bóg nie jest czymś poza
nami, tylko przy nas, przy naszych pytaniach i odpowiedziach. Paul
Tillich mówi, iż „Bóg jest nam bliższy niż my jesteśmy sobie samym.”
Druga odpowiedzi Pawła na pytanie Ateńczyków dotyczy ucieczki
człowieka przed Bogiem. Gdzie Bóg staje się produktem naszej
wyobraźni. Pomimo tego, że ludzie nie są obcy Bogu, tworzą Jego
fałszywe obrazy. Pomimo tego iż ludzie nie są pozbawienie wiedzy o
Bogu, którą ON nam daje w swoim Synu Jezusie Chrystusie i w swoim
Słowie, ludzie w dalszym ciągu nie znają Go. Tym sposobem sami jako
ludzie tworzymy wykoślawione obrazy Boga, które są czczone przez
nas. To jednak jest tym co faktycznie nas od Niego odcina i czyni
nas podmiotem jego gniewu.
My jako teolodzy odpowiedzi, winniśmy za Pawłem demaskować
fałszywe bożki w wierze pojedynczych ludzi i całych społeczeństw.
Nie tworząc w swych rozważaniach i kazaniach bożka ludzkich
wyobrażeń, który staje się jak hiper –market w którym można wszystko
zamówić i kupić, co tylko jest w sferze naszych pragnień.
Musimy z mocą Słowa Bożego, stawać się sędziami, którzy jako
teolodzy odpowiedzi będą mówić za Pawłem: „Bóg, który stworzył świat
i wszystko, co na nim, ten będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w
świątyniach ręką zbudowanych., ani też nie służy mu się rękami
ludzkimi, jak gdyby czego potrzebował. Gdyż sam daje wszystkim życie
i tchnienie i wszystko.” (Dz 17, 24. 25)
Teologiczne polemiki winnym przechodzić w subtelny sposób sąd
skierowany przeciw zniekształconym deformacją Boga zarówno w myśli
jak i w działaniu. W tym punkcie nie powinno być kompromisów czy
asymilacji. Gdyż fundamentem, na którym stoi wiara chrześcijan jest
pierwsze przykazanie „Jam jest Pan Bóg twój nie będziesz miał innych
bogów obok mnie.”Pomimo niebezpieczeństwa bycia nazwanym
nietolerancyjnym i nieekumenicznym teolog powinien stać się
instrumentem sądu Bożego wobec świata. Wołając za Marcinem
Lutrem„Tak stoję inaczej nie mogę.” W szczególności ci, którzy są
spadkobiercami Konfesji Augsburskiej.
Paweł nie kończy na tym swej wypowiedzi. Mówi o człowieku,
którego Bóg ustanowił sądem i życiem tego świata. O Chrystusie, w
którym objawiała się prawda egzystencji. W te słowa dla stoików i
epikurejczyków greckich były nie do przyjęcia. Ten paradoks, który
objawia się w krzyżu Golgoty burzy wszelkie myśli filozofów, stając
się kamieniem obrazy dla realistów i idealistów. Bo Chrystus, umarł
za grzechy człowieka, bo Chrystus zmartwychwstał.
My jako teolodzy odpowiadający nie powinniśmy zasłaniać prawdy
o krzyżu, która przekracza wszelkie zdroworozsądkowe myślenie,
mitami legendami i banalnym frazesami, które stają się budowlami
bożków ludzkich wyobrażeń o Bogu, co było od wieków przyczyną
kryzysu Kościoła.
Z pewnością powinniśmy o tym pamiętać tak, jak i pamiętał o tym
Marcin Luter, który w Dużym Katechizmie pisze,:Zważ też ponadto,
cośmy w ślepocie praktykowali i wyczyniali za papiestwa. Gdy kogoś
zabolał ząb, to pościł i oddawał honory świętej Apolonii , obawiał
się ktoś pożaru to szukał pomocy u św. Floriana (...) i bez liku
było podobnych okropności, jako że każdy wybierał sobie swojego
świętego i modlił się do niego i wzywał go w potrzebach o pomoc
(...). Ci wszyscy nie oddają swego serca i nie ufają prawdziwemu
Bogu, nie od Niego spodziewają się wszelkich dobrych darów i nie
szukają ich też w Nim, lecz gdzie indziej. (...)W przeciwieństwie do
tego możesz łatwo spostrzec i osądzić, jak świat oddaje się
fałszywej służbie Bożej i bałwochwalstwom. Nie było bowiem nigdy tak
podłego narodu, który by nie ustanowił i nie zaprowadził jakiegoś
kultu. Każdy też za swego szczególnego boga uznawał to, od czego się
spodziewał dóbr, pomocy i pociechy.”.”(DK – kom do I - P).
Amen
Ks. Tomasz Wola
Błogosławieni pokój czyniący...
Tekst kazalny: Mat 5,9
Szalom znaczy pokój. Pokój wam w życiu pośród bliskich, w
świecie dla tych, których nie znamy. Pokój z bliźnim, tym o którym
mówię, tym o którym słyszę i tym którego nie znam. To przesłanie
stanowi podstawę życia ludzi wierzących w świecie który znamy.
Wierzących w Tego, który wybacza, miłuje i daje właśnie pokój – w
Jezusa Chrystusa.
Wśród tych, którzy są Dziećmi Bożymi, pokój jest wartością
pozytywną. Nie tylko jako brak wojny, ale jako życie obok drugiego
człowieka. Świadomość tego powinna zradzać się w sercu wierzącego im
mocniej będziemy słyszeć, o wojnie, o śmierci o zabijaniu.
Dzisiejsze czasy, miesiące czy dni stawiają przed nami co raz
to nowe pytania. Wśród nich są także pytania o życie i śmierć w
obliczu wojny i terroru.
Powiemy, iż zawsze były on zadawane, jak długo człowiek żyje na
ziemi. Tak! Ale też i zawsze wzmacniały są intonację im bliższe
stawało się zagrożenie, pojedynczego człowieka, kilku ludzi czy w
końcu całych krajów i narodów. Dzisiejsze dni także coraz głośniej
wołają do nas, gdzie są błogosławieni pokój czyniący? Czy jesteśmy
jeszcze wśród nich?
Relatywizm, który wkradł się od paru dziesięcioleci w życie
człowieka, karze mu się zmagać z różnymi pytaniami: „Gdyby zabito
wcześniej Hitlera nie zginęłoby tylu niewinnych ludzi w czasie II
wojny światowej? Może byłby pokój?”, ale„Gdyby układ
Niemcko-Japońsko-Włoski wygrał, nie wybuchałby boba atomowa na
Hiroszimie i Nagasaki?”, której żniwo do dziś jest zbierane w
cierpieniu niewinnych ludzi.
Wobec tych strasznych pytań staje człowiek, który chce otrzymać
złoty środek. Odpowiedź, która pozwoli mu z czystym sumieniem żyć.
Jak często są to chrześcijanie, na których i w dzisiejszych dniach
spada to pytanie. Kto ma prawo by zabijać? Kto ma prawo by wydawać
decyzję o śmierci, czy to jednostki czy to narodów? Nikt!
Wojna, niszczenie drugiego człowieka, stanowi jeden z
najgorszych grzechów ludzkości. Grzechu pychy i zuchwalstwa nie
tylko wobec naszego bliźniego, ale przede wszystkim wobec Boga.
Świat z człowiekiem został stworzony przez Stwórcę i tylko On może
położyć kres swemu stworzeniu. Pamiętna jest historia
nowotestamentowa, gdy Jezus szedł Janem i Jakubem przez krainę
Samarytan i gdy ci go nie przyjęli wraz z uczniami, jeden z uczniów
wówczas zapytał swego Mistrza:„Panie, czy chcesz, abyśmy słowem
ściągnęli ogień z nieba, który by ich pochłonął jak to i Eliasz
uczyni? Słowa te stały się przyczyna gniewu Jezusa, który zgromił
ich i rzekł: „...nie wiecie jakiego ducha jesteście. Albowiem Syn
Człowieczy nie przyszedł zatracać dusze ludzkie, ale je zachować.”
(Łuk. 9,54-55)
Nawet Jezus Chrystus, który jest Bogiem będącym od samego
początku wszelkiego stworzenia, nie chce zabijania, nie chce wojen i
śmierci nawet tych, którzy go nie przyjmują, gdyż On w swej istocie
jest sam Pokojem, który był zwiastowany już przez aniołów w noc
betlejemską, gdy przyszedł na świat. On też musi być w pokoju
przyjmowany.
My będąc uczniami Chrystusa, od Niego także otrzymujemy „złoty
środek” dla naszych pytań.„Błogosławieni pokój czyniący albowiem oni
synami Bożymi będą nazwani.”(Mt.5,9)Gdy patrzymy na życie Chrystusa
przez pryzmat jego dzieła zbawienia, możemy odnaleźć w nim przede
wszystkim treść pokoju dla człowieka. Jego ocalenia wraz ze światem
w którym żyje. W takim wypadku co powinno być treścią naszego życia
jako chrześcijan? To pokój.
I dziś my o tym pokoju powinniśmy mówić, gdy tak często wkoło
słyszymy o wojnie. Wobec wszelkiej przemocy, treść życia
chrześcijańskiego powinna być pełną negacją. Chrystus swym dziełem
odbiera człowiekowi prawo do zemsty. On nadaje nowe prawo. Prawo
wybaczania - prawo pokoju.
Amen
Ks. Tomasz Wola
I Moj 4,1-16
Wzajemna miłość i poszanowanie zrodziła się między ludźmi
wiele wieków temu. Miłość rodzicielska czy miłości braterska. Są to
uczucia i więzy trudne do opisania a jednak piękne i mające w sobie
wiele uroku. Czasami potrafią trwać aż do śmierci a potem , żyją
jeszcze długo w pamięci tego, który zostaje.
Pomimo kłótni i niesnasek, pomimo tzw. Dni cichych istnieje w
nas ludziach coś, co nie pozwala zapomnieć o tych bliskich, z
którymi łączy nas miłość, więzy krwi i to co wspólnie przeżywaliśmy
w przeszłości i czym żyjemy teraz.
Jednak nie zawsze tak jest. Na co wskazuje przeczytany przed
chwilą tekst kazalny. Nie zawsze brat z bratem się zgodzą, a dzieci
bez zarzutu szanują swych rodziców.
Kain i Abel stają się antywzorem braterskiej przyjaźni.
W szczególności ten pierwszy –morderca. Gdyż takiego go pamięta
prawie cały świat chrześcijański i nie tylko: zabijającego z
zawiści, bez skrupułów!
Lecz czy zechcemy spojrzeć na Kaina chociaż raz inaczej?
Jak na Szekspirowskiego Makbeta, człowieka wielkiej tragedii i
dramatu życiowego.
Będąc pierworodnym, Kain z pewnością pracował ciężko na roli –
by przeżyć. Był także pierwszym człowiekiem, który nie zaznał
spokoju, ciszy i piękna raju, gdyż wrota tej doskonałości zostały
zamknięte za jego rodzicami. I tak naprawdę to dzięki nim musiał
pracować w pocie czoła. Pamiętamy jak Bóg zwrócił się do Adama:
„Niech będzie ziemia przeklęta z powodu ciebie. W mozole żywić się
będziesz z niej po wszystkie dni życia swego. Ciernie rodzić ci
będzie i żywic się będziesz zielem polnym.”
I właśnie pośród tych cierni i ostów, wykonywał swój zwód Kain
– rolnik. Co pewien czas po zebranych plonach dziękując Bogu za
opiekę nad nim, składał ofiarę całopalną.
Lecz tym razem Bóg jej nie przyjął, nie zwrócił na nią uwagi.
Czemu?
Tego Biblia też nie opisuje przed samym dramatem tego
wydarzenia „Bóg i bracia”. Dlaczego Kain a nie Abel.? Reszty
dowiadujemy się post factum
Ten młodszy ginie jako nieszczęśliwy bohater do końca wierny
Bogu. Ten starszy staje się mordercą – pierwszym w historii
ludzkości.
Czy Bóg nie mógł od obojga przyjąć ofiary dziękczynnej? –
Jednak nie nam, jest zadawać Bogu takie pytania. I nie On – Bóg,
będzie rozliczany przed nami, lecz my ludzie przed nim. Tak jak Kain
i Abel, Piłat i Judasz.
List do Rzymian daje taką odpowiedź tym którzy chcą rozliczać
Boga i wciąż pytają dlaczego to zrobił?
„ O człowiecze! Kimże ty jesteś, że wdajesz się w spór z
Bogiem? Czy powie twór do twórcy. Czemuś mnie takim uczynił?”(LdoR
9.20)
Dlatego Kain jest od wieków mordercą, a Judasz największym
zdrajcą, a to co ich łączy to z pewności tragedia, w której zostali
postawieni na linii człowiek-Bóg-człowiek.
Jednak Abel umarł, Judasz też nie żył długo po zdradzie Jezusa.
Tylko Kain stał się tułaczem po całej ziemi, wraz ze swą winą –
śmierci brata, nad którym zawisły Słowa Boga:
„Nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie.
Położył też Pan na Kainie znak, aby go nikt nie zabijał, kto go
spotka!”
Nikt nie wie jakie było dokładnie znamię Kainowe, które nie
pozwalało mu zginąć. Jednak aż do śmierci nikt też nie mógł podnieść
na niego ręki, a jego ród rozrastał się w ziemi Nod na wschód od
Edenu.(IMoj 4.16)
Czyż nie dziwnym pozostaje, iż człowiek morderca pozostaje
jeszcze długo przy życiu? I czy nie jest dziwnym, ze Bóg chroni go
przed śmiercią?
Co jeszcze dziwniejsze Kain staje się bohaterem kulturowym,
tzn., iż jego potomkowie z tych którzy paśli bydło i uprawiali rolę
stali się założycielami miast i zapoczątkowali w społeczeństwie
sztuki piękne oraz przemysł. Jak czytamy w Księdze Rodzaju:
„Jubal, który był praojcem wszystkich grających na cytrze i na
flecie (...) Tubalkain, który wykuwał wszelki narzędzia z
miedzi.”(IMoj4,21-22)
Ci dwaj byli potomkami Kaina –mordercy! W ten sposób z aktu
morderstwa i gwałtu wyrosło działanie, które wyróżnia kulturę w
nieśmiertelnym sensie. Kulturę, która trwała i trwa do teraz. Bo
czyż przez wieki nie wsłuchiwano się w melodie wygrywane przez
najróżniejsze instrumenty, począwszy od dźwięcznych cymbałów, fletów
i trąb jak wspomina psalmista (Ps 150), przy których pląsano i
wychwalano Boga, aż po Pasję Bacha i muzykę współczesną.
I czyż w dzisiejszych pracach (nawet tych najprostrzych), nie
używamy narządzi z miedzi czy z żelaza.
A przecież to są dary rodu Kaina – mordercy!
Czy zakaz zabijania jego osoby nie stał się jego uświęceniem? A
znamię na jego ciele znakiem boskiej przynależności? I czy Kain nie
stał się jednym z pierwszych, w Bożym planie zbawienie ludzkości?
Rola Kaina pod względem społecznym, kulturowym i religijnym z
pewnością do dziś istnieje i tętni życiem.
Stał się on pierwszym ze stygmatem na ciele. Stygmatem, który
oznaczał fizyczną śmiertelności i duchową nieśmiertelności.
Następnym po nim był Chrystus!
Lecz Jego stygmaty oznaczały coś więcej. Stały się świadectwem
zwycięstwa nad śmiercią. Do dziś uświadamiają one człowieka, nad
tym, iż stajemy się usprawiedliwionymi, przez krew Jezusa Chrystusa,
i że w Jego ranach i w Jego krwi płynącej z krzyża Golgoty, objawiła
się prawdziwa miłości Boga do nas ludzi. Jego znamiona oznaczają
przejście człowieka przez wrota śmierci i nieśmiertelności tam gdzie
Bóg na nas czeka.
Przez Jego rany stajemy się uświęceni, z czym wiąże się
powinność bycia dobrym człowiekiem.
Z pewnością Bóg przez znamię na ciele Kaina dał mu szansę, by
przemyślał to co zrobił. By w jego sercu powstała skrucha,
świadomość błędu.
Tak jak i nam daje szansę, przez znamiona Chrystusowe, byśmy
wierzyli.
Bo cóż nas różni od Kaina?
Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdemu z nas jest potrzeba
łaska Boża i Jego głos wybaczenia, pomocna dłoń Chrystusa wciągnięta
do nas z krzyża Golgoty.
Gdyż umarł on za każdego grzesznika! Mówiąc: „Nikt nie
przychodzi do Ojca jak tylko przez Mnie (...) Ja jestem droga prawda
i życie, kto we mnie wierzy choćby i umarł, żyć będzie.”
Amen
Ks. Tomasz Wola
Niedziela Przedpostna Estomii "Bądź mi skałą obronną"
Ps.31,3
Tekst kazalny: Amos 5,21-24
„Nienawidzę waszych świąt, gardzę nimi, i nie podobają mi się
wasze
uroczystości świąteczne. Nawet, gdy mi składacie ofiary całopalne i
ofiary z
pokarmów, nie mam w nich upodobania, a na ofiary pojednania z
tłustych
waszych cieląt nie mogę patrzeć. Usuń ode mnie wrzask twoich pieśni!
I nie
chcę słyszeć brzęku twoich harf. Niech raczej prawo tryska jak woda,
a
sprawiedliwość jak potok nie wysychający.”
Drodzy!
Rok 2006 w Kościele luterańskim stoi pod hasłem „ewangelickiej
etyki społecznej” , która jak nic innego łączy z sobą wiele ważnych
wartości życia człowieka jako całość. Jego stosunku wobec Boga,
bliźniego, i świata w którym żyje. Teologia i moralność stają
ostatecznie – jak pisał Marcin Luter – przy jedynym źródle, tj.
Piśmie Świętym. Dlatego początek i koniec wszelkiej refleksji
człowieka wierzącego powinien tam mieć miejsce.
Jednak etyczna refleksja nie jest połączona tylko i wyłącznie z
religijnym życiem człowieka. Etykę znajdziemy w filozofii, muzyce
czy teatrze wśród pytań zadawanych wobec różnych wydarzeń, które
człowiek spotyka na swojej drodze. W tym miejscu wielokrotnie są to
refleksje i pytania: o uczciwość i odpowiedzialności wobec Boga,
bliźnich i siebie samego. Co zauważył w „Maksymach i rozważaniach”
francuski myśliciel La Rochefocauld, u którego czytamy: „Człowiek
bywa niepocieszony, gdy go oszuka wróg lub zdradzą przyjaciele, a
często jest rad, gdy oszukał sam siebie.”
Prorok Amos, który w tak krytycznych słowach skierowanych do
ludu wybranego, jakie dziś czytamy, wzywających do refleksji na
stosunkiem wiernych do Boga i Bożego Prawa, nie czytał filozofii
francuskiej, jednak zdawał sobie sprawę nad autorefleksją człowieka,
który powinien być uczciwym. By forma nie przerastał treści. Treści
Bożego Słowa.
Lud izraelski chciał przez składanie swych ofiar i rytualne
pieśni być Bogu wiernym. Stając się jakby płatnikami Boga. Opieka za
ofiarę. Rytuał za pomoc. Co powoli przeradzało się w teatr. A
choroba nieuczciwości toczyła się dalej. Prorok Amos pochodzący z
Tekoa występował ze swą krytyką ludu wybranego w czasach spokojnej
polityki zagranicznej i dobrobytu ekonomicznego Izraela, a
konkretnie Królestwa Północnego. Jednak zauważył on powolny
wewnętrzny rozkład moralny w szczególności niesprawiedliwość
społeczną. Krytykuje on obłudę ludzką, którą w księdze Amosa możemy
znaleźć a różnych formach, jak czytamy: „sprzedają za pieniądze
sprawiedliwego’, „syn i ojciec chodzą do tej samej dziewki”,
fałszują jednostki miary i wagi, czy w końcu żyją w luksusach na
koszt biednych.
Jednak czarę goryczy przepełnia stawanie tych samych ludzi
przed ołtarzem, by złożyć Bogu ofiarę i udawanie przed Bogiem. Maska
pobożności zostaje ubrana!
Stąd Słowo Boże, przekazane przez proroka z Tekoa: „Nienawidzę
waszych świąt, gardzę nimi, i nie podobają mi się wasze uroczystości
świąteczne. Nawet, gdy mi składacie ofiary całopalne i ofiary z
pokarmów, nie mam w nich upodobania, a na ofiary pojednania z
tłustych waszych cieląt nie mogę patrzeć. Usuń ode mnie wrzask
twoich pieśni! I nie chcę słyszeć brzęku twoich harf.” Z pewnością
wszystko byłoby dla nas w porządku, gdyby powyższa krytyka należała
do przeszłości, a księga Amosa była jedną z historycznych ksiąg
Starego Testamentu, opowiadaną na lekcjach religii czy na kazaniach.
Jednak problem dotyczy nie tylko narodu izraelskiego, ale także i
chrześcijan. Nie należy ona do przeszłości, lecz jest jak
najbardziej aktualną w życiu dzisiejszych dzieci Bożych, które w
teatrze masek czekają na uznanie i pochlebstwo. Wielokrotnie sami
oszukując się grając coś na pokaz. Uczestnicząc w akcjach
charytatywnych – „by mnie widziano”, dając ofiary na Kościół,
biednych i potrzebujących „by o mnie mówiono.” Poszcząc by pokazać
się innym, że „mogę” coś zrobić dla Boga. Jakoś mu odpłacić, za Jego
dobro - oczywiście. Jednak w świadomości ludzkiej pozostanie cały
czas „patrzcie jak odpłacam”. Stając się jak gdyby aktorami sztuki
teatralnej, choćby w Shakespeare`owskim „Makbecie” gdzie słyszymy
nie zapomniane słowa: „Będąc niepewnymi, musimy honor nasz nurzać w
strumieniach pochlebstwa, serca maskując licami, by ich nie
poznano.” Stając się aktorami w teatrze pozorantów.
Lecz czy to nas czyni godniejszymi wobec Boga?
Z pewnością nie! A człowiek wierzący nie może się bulwersować
dzisiejszym słowami. Lecz samokrytycznie spojrzeć na siebie. Gdyż
Bóg chce człowieka realnego w swej wierze, a nie ubranego w maskę,
który zmienia swe role w zależności od sceny na której gra.
Wielokrotnie odgrywanie pobożnego kościele, stanie się
przyzwyczajeniem do roli, scena dziecka Bożego będzie otwarta tylko
w niedzielę, niedzielne występy zaś z przyzwyczajenia stają się
stagnacją, a stagnacja bezrefleksyjnością wobec istoty Boga w Trójcy
Świętej. Nie starajmy się Boga zamknąć tylko w czas niedzielnych
nabożeństw, w ramy rytuałów i ścian budynku kościoła i parafii. Byś
nie popadli w schizofrenię dwóch żyć: świeckiego i religijnego.
Nie dzielmy świata na „sacrum i profanum”. Boga musimy
znajdować także w życiu świeckim. A naszą wiarą i zaufaniem względem
Chrystusa Pana, które łączą się z naszym postępowaniem, powinniśmy
dawać przykład jak żyć realnie w świecie. Nie zmieniając swych ról.
Uczciwy w sacrum i uczciwy w profanum. Wiernym Bogu i odpowiedzialny
za swoje postępowanie i za swojego bliźniego. Jak słusznie zauważył
Dietrich Bonhoeffer byśmy Boga dostrzegali w drugi człowieku. W moim
współmałżonku, sąsiedzie z ławki, pracodawcy czy pracowniku. Stając
się odpowiedzialnymi i uczciwymi wobec nich i za nich. Z pewnością
wtedy nasze chrześcijaństwo stanie realnym.
Uczciwość i odpowiedzialności naszego postępowania względem
bliźnich nie jest z pewnością zdobywaniem drogi Królestwa Bożego,
podobnie jak sztuczne głodowanie w okresie postu, umartwianie swego
ciała – jak czynili średniowieczni biczownicy, czy wykupywanie
odpustów. To nie są bilety wstępu do krainy Bożej. Tego nie idzie
kupić! Łaska Boża była i jest dana darmo.
W tej łasce powinniśmy stawać przed Bogiem w realności i
uczciwości. By nasze pieśni, modlitwy i ofiary były Mu miłe. Nasza
wiara powinna rodzić czystość naszej myśli, mowy i postępowania.
Byśmy więcej nie usieli słyszeć:
„Nienawidzę waszych świąt, gardzę nimi, i nie podobają mi się wasze
uroczystości świąteczne. Nawet, gdy mi składacie ofiary całopalne i
ofiary z pokarmów, nie mam w nich upodobania, a na ofiary pojednania
z tłustych waszych cieląt nie mogę patrzeć. Usuń ode mnie wrzask
twoich pieśni.”
Amen
Ks. Tomasz Wola
By spojrzeć w lustro...
Tekst kazalny: Jan 9,1-7
Drodzy ...
Jezus z wyciągniętą pomocną dłonią w stronę człowieka
potrzebującego ratunku, jest równie często przedstawiany na obrazach
jak ukrzyżowany czy idący w stronę Golgoty.
Jednak to wciąż ta sama osoba! Lekarz ludzkiego ciała, jak i duszy.
Niezmienny w miłości do człowieka. W dzisiejszym tekście kazalnym,
widzimy go jak uzdrawia niewidomego od urodzenia. Człowieka, który
nie wiedział co to jest zachód słońca czy piękno przyrody. Nie
widział jak wygląda Jerozolima - miasto w którym żyje. Człowieka,
który cierpiał.
Lecz to, cierpienie nie kończyło się na fizycznym zaburzeniu
jego cielesnej natury. Ówczesny Izrael uważał, każdego kto urodził
się ułomnym za grzesznika, którego własna wina lub wina jego
rodziców, wobec Boga stanowiły o kalectwie. Stąd i pytanie uczniów:
"Mistrzu, kto zgrzeszył, on czy rodzice jego, że się ślepym
urodził?"
I co odpowiada Jezus:
"Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, lecz aby się na nim
objawiły dzieła Boże".
Te słowa stały się z pewnością bardzo ważne dla jego
wewnętrznego spokoju, w szczególności, iż w dalszym ciągu pozostawał
on jeszcze niewidomy. Były jakby mową adwokacką w obronie godności
tego człowieka, który od lat był sądzony i wyszydzany przez ludzi.
Jezus wpierw uleczył jego duszę. Włożył w tego człowieka wiarę
w Boga i w siebie, iż to nie jego wina, że nie widzi. On biedny
żebrak spod synagogi jest z ogniwem Bożego planu zbawienia
ludzkości. Na jego osobie ma się objawić chwała Boża. I tak się
stało!
Jezus pluje na ziemię, z śliny czyni błoto i nakłada je na oczy
ślepego. Potem mówi: "Idź i obmyj się w sadzawce Syloe." Ta kuracja
śliną dziś nam może wydawać się czymś śmiesznym i niedorzecznym.
Lecz 2000 lat temu i wcześniej, prawie każdy lekarz używał śliny do
różnych kuracji. Stąd i Jezus także kilkakrotnie użył śliny do
uzdrowienia ludzi z ich chorób. Jednak jak pamiętamy nie to było
najważniejsze lecz wiara człowiek leczonego! Chorzy by być
uzdrowieni musieli wierzyć w Syna Bożego. To samo stało się i w tej
sytuacji. Ten niewidomy człowiek, bez pytania, bez chwili
zwątpienia, rusza by zmyć ze swoich oczu osnowę ciemności, która
tkwiła w nim od urodzenia. I otwiera je. Po raz pierwszy patrzy na
świat, który go otacza. Po raz pierwszy widzi swe oblicze w sadzawce
Syloe. I tych, który stoją obok - świadków owego cudu.
On wyzdrowiał dzięki Jezusowi Chrystusowi!
W tym miejscu sami zadajmy sobie pytanie:
A co z naszą ślepotą, która raz jest mniejsza raz większa? Nie
mówię tu o chorobie oczu, lecz serca. Gdzie raz stajemy się
człowiekiem krótko wzrocznym. Zajmuje nas to, co najbliżej.
Czas ucieka nam między palcami. Łapiemy wszystko co się da na raz.
Nie myśląc o jutrze i o Bogu, bo wciąż mamy jakieś "ważniejsze"
sprawy do załatwienia. Innym zaś razem dalekowzroczność. Wyglądanie
w odległą przyszłość. Plany na: za miesiąc, rok czy dziesięć lat
zakrywają nam to, co się teraz wokół nas dzieje. Rodzinę,
przyjaciół, Kościół i Boga. Zatracamy kontakt z rzeczywistością. To
właśnie ślepota nas ludzi dzisiejszych czasów.
Lecz nam, tak jak tamtemu człowiekowi, nie potrzeba okulisty lecz
Chrystusa. Gdyż bez wiary, w Syna Człowieczego, ślepota naszych serc
nie zniknie. Pamiętajmy, iż wpierw jego dusza została oczyszczona a
potem ciało. Tak powinno być i z nami!
Każdego dnia wielu z nas budzi się rano i staje przed lustrem.
Spogląda w nie i widzi człowieka, do którego raz chce uśmiechnąć
się, powiedzieć "dzień dobry", będąc dumny z wczorajszego dnia, iż
coś dobrego zrobiliśmy dla innych. A tym czynem wychwalając Boga i
dając świadectwo tego, iż jesteśmy chrześcijanami. Innym zaś razem,
nie chcemy w ogóle spoglądać na tę osobę w lustrze, gardząc nią.
Chcąc zapomnieć o tym, co wczoraj robiłem.
To lustro staje się dla nas jak gdyby sadzawką Syloe, w której
ów uzdrowiony przez Jezusa po raz pierwszy w życiu przejrzał się.
Jednak on tam znalazł oblicze człowieka usprawiedliwionego przez
Chrystusa. Człowieka, który wierzy. A jakie my znajdujemy oblicza w
naszych lustrach? Czy duchowa choroba wciąż toczy nasz organizm?
Mam nadzieję, że nie. I że wielu z nas może spokojnie patrzeć
w swe lustrzane odbicie. Co rano ruszając w nadziei i wierze, w
prowadzeniu przez Duch Świętego. I że każdy dzień naszego życia jest
życiem w służbie Bogu.
Zarówno grzeszny jak i sprawiedliwy jest każdy, kto żyje tu na
ziemi i wierzy w dar płynący z krzyża Golgoty dla nas ludzi.
Grzeszny - gdyż w ciąż żyjący pożądliwościami tego świata.
Sprawiedliwy - gdyż już odkupiony niewinną męką Jezusa Chrystusa na
krzyżu. W nim objawiła się ogromna łaska Boża i z tej "łaski przez
wiarę zbawieni jesteśmy", jak mówi apostoł Paweł. Tak jak ten
niewidomy, z łaski i miłości Chrystusowej uzdrowiony został przez
wiarę swoją.
By ujrzeć swą prawdziwą twarz - zbawionego.
Amen
Ks. Tomasz Wola
Oczekiwanie
Tekst kazalny: Łuk 1,67-79
67. A Zachariasza , ojca jego, napełnił Duch Święty, więc prorokował
tymi słowy:
68. Błogosławiony Pan, Bóg Izraela, że nawiedził lud swój i dokonał
jego odkupienia,
69. I wzbudził nam mocarnego Zbawiciela w domu Dawida, sługi swego,
70. Jak od wieków zapowiedział przez usta świętych proroków swoich,
71. Wybawienie od wrogów naszych i z ręki wszystkich, którzy nas
nienawidzą,
72. Litując się nad ojcami naszymi pomny na święte przymierze swoje
73. I na przysięgę, którą złożył Abrahamowi, ojcu naszemu, że
pozwoli nam,
74. Wybawionym z ręki wrogów bez bojaźni służyć mu
75. W świątobliwości i sprawiedliwości przed nim po wszystkie dni
nasze.
76. A ty, dziecię, prorokiem Najwyższego nazwane będziesz, bo
poprzedzać będziesz Pana, aby przygotować drogi Jego.
77. Aby dać ludowi jego poznanie zbawienia przez odpuszczenie
grzechów ich,
78. Przez wielkie zmiłowanie Boga naszego, dzięki któremu nawiedzi
nas światłość z wysokości,
79. By objawić się tym, którzy są w ciemności i siedzą w mrokach
śmierci, aby skierować nogi nasze na drogę pokoju."
Dzisiejsza niedziela, staje się dla nas drzwiami, które
otwierają nam nowy okres życia kościelnego, nazywany półroczem Pana.
To drzwi, które rozpoczynają okres Adwentu - oczekiwania, a także
czas wszystkich świąt upamiętniających przebywanie naszego Boga,
Jezusa Chrystusa, tutaj na ziemi, pomiędzy ludźmi, 2000 lat temu.
Jednak Adwent nie jest wyłącznie, pamięcią tego co było ponad
dwadzieścia wieków temu. Lecz ciągłym czekaniem na to, co zostało
zapowiedziane, że ponownie nadejdzie dzień Pana Naszego Jezusa
Chrystusa (I Kor 1,8).
Nasz Adwent, także nie zaczyna się dzisiaj, monotonnie
powtarzając się z roku na rok, a czego corocznym apogeum staje się w
wielu domach Wigilia. Składanie sobie życzeń, wręczanie prezentów i
wspólne kolędowanie. Ten Adwent trwa od chwili gdy po męczeńskiej
śmierci i zmartwychwstaniu, Chrystus powrócił do Swego Ojca, aby
zasiąść po Jego prawicy i królować wraz z nim w niebie. Ten Adwent
to ponowne oczekiwanie na zapowiadanego Chrystusa, ale i ciągłe
życie w Nim, i z Nim.
Czasu Adwentu doświadczał także ten, którego proroctwo dzisiaj
słyszymy - Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela. Ten, który jeszcze
kilka miesięcy wcześniej zaniemówił z powodu swojego zwątpienia (Łuk
1,5-25), w wieść o tym, iż Elżbieta jego żona urodzi mu syna, który
będzie przygotowującym drogę Mesjaszowi. Dziś kiedy słyszymy słowa
kapłana Zachariasza nie są one już wyrazem zwątpienia, lecz radosną
nowiną, że to "Błogosławiony Pan, Bóg Izraela (...) nawiedził lud
swój i dokonał jego odkupienia."(Łuk 1,68) To odkupienie znajduje
się w tym, który ma rychło nadjeść."
Jednak radosna wieść Zachariasza wiąże się nie tylko z jego
własnym szczęściem, gdyż zwiastuje Mesjasza, a jego jednorodzony syn
będzie Jego prorokiem. Wiąże się z radością, nadzieją i dobrą nowiną
dla całej ludzkości. Dla każdego człowieka.
Zachariasz prorokuje Zbawiciela, który został obiecany
Abrahamowi, i który wywodzi się z królewskiego rodu Dawida. Mocarza
zapowiadanego przez proroków (Łuk 1,69), o którym mówi Psalmista:
"Sprawię, że tam wyrośnie Dawidowy potomek, Zgotuję pochodnię
pomazańcowi mojemu. Nieprzyjaciół jego okryję wstydem, Ale nad nim
zajaśnieje korona jego."(Ps. 132,17-18)
Zbliżający się Mesjasz staje się błogosławieństwem dla tych,
którzy go oczekują a przekleństwem dla tych, którzy go nienawidzą.
Stanie się nadzieją dla tych, którzy w Niego uwierzą i zbawieniem
dla tych, którzy mu zaufają lecz zgubą dla tych, którzy się do Niego
nie przyznają.
Słowa Zachariasza mają podkreślić status Jezusa Chrystusa, iż
jako Bóg jest On Królem, a jako człowiek pochodzi On z rodu
królewskiego, z rodu Dawida. Jego proroctwo jednak jest raz
niedoczytane, a raz niezrozumiałe. Gdyż mowa o mocy Zbawiciela i o
Mesjaszowej królewskiej chwale zostanie w rzeczywistości przykryta
obrazem ubogiego żłobka betlejemskiego i małego niewinnego
dzieciątka w stajence. Mocarny Zbawiciel, który miał wyzwolić Lud
Wybrany z ręki wrogów, przyjdzie na świat w małej, brudnej szopie.
Jego moc i siła będą tkwić w miłość. Zapowiadany przez proroków
będzie nie poznany przez Lud Swój umiłowany.
Dlaczego? Czemu tak długo oczekiwany Zbawiciel został nie
rozpoznany? Pytanie to jest wciąż zadawane przez współczesnego
człowieka.
Przecież tak łatwo ujrzeć w Chrystusie Zbawiciela. Jednak nie
dla ludzi żyjących od wielu lat pod okupacją. Ludzi wyglądających
wolnego kraju, szukających wielkiego bohatera prowadzącego ich do
boju. Podobnie jak to było podczas naszych powstań narodowych.
Chcieli oni mieć swojego Kościuszkę czy swojego Dąbrowskiego.
Zatopieni w swych ziemskich sprawach i troskach, zapomnieli o tym co
tak naprawdę jest ważne w ludzkim życiu. O miłość, wierze i nadziei.
Zasłonięci mrokiem grzechu stali się ślepymi na jasność, która
przyszła do nich z wysokości.(Łuk 1,79)
Zachariasz prorokował. Jednak jego proroctwo nie zostało w
pełni zrozumiałe przez Lud wybrany. Ukazał prawdę, którą jednak
każdy człowiek, czy ten 2000 lat temu, czy dziś, musi sam poznać, iż
małe dziecię ze stajenki w Betlejem - jest Bogiem, Ukrzyżowany jako
złoczyńca na górze Golgoty - jest Bogiem. To ta sama osoba, Jezus
Chrystus - Zwycięzca. W Nim należy dostrzec poszukiwanego bohatera i
wyzwoliciela. Jednak to zwycięstwo jest ponadczasowym wydarzeniem,
które wyzwoliło nas z mocy grzechu i śmierci (Łuk 1,79). Nas, to
znaczy, tych którzy rozpoznają zarówno w oczekiwanym dzieciątku jak
i w Ukrzyżowanym na Golgocie Boga - Zbawiciela.
Jasności Chrystusa zaświeciła nad Izraelem 2000 lat temu, ale
pomimo śmierci ta gwiazda świeci w ciąż dla nas. Jednak tę gwiazdę
trzeba dostrzec pośród wielu, które chcą jej przeszkodzić dotrzeć do
nas, tworzą wokół nas ułudę jasność. W każdej epoce takie gwiazdy
istnieją. Odwracają one naszą uwagę od tej jedynej prawdziwej
jasności, którą jest Jezus Chrystus. Raz są to pieniądze, raz sława,
czasami jakieś obrazy świętych a innym razem fałszywi prorocy. Te
"światłości" tak naprawdę, tworzą dolinę cieni i mroku.
W tej dolinie mroku, są ci, którzy nie rozpoznali zapowiadanego
przez proroków Mesjasza. Ci, którzy Go ukrzyżowali. Ci, którzy w
dalszym ciągu cenią wyżej wartość pieniądza, niż miłość do
Chrystusa. Ci dla, których, oferta dzisiejszego świata jest
ważniejsza od Boga, dającego nam swą miłość.
Dlaczego tak jest? - ktoś spyta.
Odpowiedzi może nasunąć się wiele. Jednak na początku każdej z
nich, będzie stało słowo "grzech".
Grzeszymy, przez co wciąż jesteśmy niedoskonali. Grzeszymy gdyż
wciąż za mało ufamy. Grzeszymy gdyż tak jest łatwiej żyć, bez
odpowiedzialność bycia prawdziwym chrześcijaninem. Często tłumacząc
się Łaską Bożą, iż i tak dzięki niej będziemy zbawieni. Jednak jak
zauważył ks. Dietrich Bonhoeffer ta łaska, jeśli będziemy traktować
ją poważnie, wzywa nas do wielkiego wysiłku. Dlatego wielu ludzi
wybiera wygodę w ułudzie jasności dzisiejszego świata, który jednak
jest mrokiem grzechu i niewiary.
Jednak Bóg wciąż nas nawołuje przez swoje Słowo. Dzisiaj
słyszymy Jego głos w prorockich słowach Zachariasza, które mówią o
nadziei i szansie dla tych, którzy w tej ciemności jeszcze
pozostają:
"Aby dać ludowi jego poznanie zbawienia przez odpuszczenie grzechów
ich. Przez wielkie zmiłowanie Boga naszego, dzięki któremu nawiedzi
nas światłość z wysokości. By objawić się tym, którzy są w ciemności
i siedzą w mrokach śmierci, aby skierować nogi nasze na drogę
pokoju." (Łuk 1, 77-79) Oczekiwany Bóg jest Bogiem dającym szansę.
Zarówno tym, którzy dziś dają się prowadzić przez fałszywe gwiazdy
światłości jak i tym, którzy kiedyś zgubili prawdziwą drogę i dziś
szukają jej na powrót. Oczekiwany Bóg w osobie Chrystusa przebija
się do nas przez gąszcze mroku dzisiejszego świata i otwiera dla nas
swe ojcowskie ramiona, witając każdego z jego synów marnotrawnych. A
jest ich jeszcze wielu. Bóg jak dobry Ojciec wyczekuje, każdego
który chce do Niego powrócić, taki musi uwierzyć w moc Ukrzyżowanego
Syna Bożego.
Dlatego Adwent nie jest tylko naszym oczekiwaniem Boga,
pamiątką tego co stało się 2000 lat temu. Ale odwrotnie. Adwent jest
Bożym oczekiwaniem na nas. Naszą wiarę, naszą ufność i miłość do
Jezusa Chrystusa.
Dziś wkraczamy w czas Adwentu. Jednak ten okres nie powinien
trwać tylko kilka tygodni do Świąt Bożego Narodzenia, lecz powinien
być codziennością naszego życia. Każdodniowym wyglądaniem Pana.
Wiecznym czasem Adwentu, przez 365 dni w roku.
Amen
Ks. Tomasz Wola
Bezimiennie witając Boga
na podstawie: Łuk. 2, 8-12
Wigilijna historia o narodzinach małego dzieciątka w
Betlejemie, przybiera różnych kolorów i barw. Im więcej widzimy
szopek za witrynami sklepów, im więcej cukierkowych kolęd dobiega do
naszych uszu, byśmy szybciej i mocniej poczuli klimat Świąt Bożego
Narodzenia.
Jednak w tej pięknej muzyce i obrazach, ukrywają się często
fałszywe, mylne wyobrażenia betlejemskiego wydarzenia.
Schludnie ubrana Maria z aureolą nad głową, uśmiechnięty Józef
bez zmarszczek na twarzy i kilku malutkich pastuszków grających na
wszelkich instrumentach.
A czy tak było?
Jedynym źródłem, w którym możemy zweryfikować swoje wyobrażenia
nocy betlejemskiej jest Biblia - Słowo Boże.
Tam nasi uśmiechnięci pastuszkowie, których znamy z obrazków,
mają na twarzy grymas przerażenia i lęku gdy pojawia się przed nimi
bezimienny anioł. ( Łuk. 2,9)
Tam dzieciątko drży z zimna, gdy przychodzi na świat. Tam jest
zapowiedziany lecz nie poznany Bóg - ludzkie niemowlę w żłobie
położone.
A kto go wita na tym świecie? - nikt tylko rodzice! Dopiero po
chwili przybywają wybrani przez Boga - by jako pierwsi przywitać
malutkiego Jezusa - pasterze, których zawód w owym czasie był
pogardzany. Bardzo często uważano ich za osoby podejrzane, a w
niektórych miastach zakazano im nawet składania zeznań przed sądem.
Uważano ich za ludzi niewiarygodnych. Były to osoby bez swojego
majątku, opiekujące się owcami, które przecież nie należały do nich.
Oczywiście ta pogarda pochodziła z kręgu uczonych i wysoko
postawionych w życiu społecznym, którzy to nadawali główny kierunek
współczesnej myśli i religii w okupowanym Izraelu. Czyniąc w ten
sposób z dzielnych ludzi rabusiów, a z ciężkiego i niebezpiecznego
zawodu pasterza - złodzieja i zdradliwego najemnika.
Lecz właśnie ci ubodzy, ciężko pracujący ludzie doznają
zaszczytu, by przywitać Boga na ziemi. I właśnie ci pogardzani stają
się pierwszymi czcicielami Boga!
Nie pyszni i pewni siebie uczeni w piśmie, lecz ludzie prości i
ciężko pracujący. Nie wywyższani przez innych lecz pogardzani, ci
którzy z prostoty potrafili przyjąć Ewangelię.
Bo tak trzeba przyjąć słowa anioła skierowane do nich. "Nie bójcie
się, bo oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem
wszelkiego ludu, gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel, którym jest
Chrystus Pan, w mieście Dawidowym."
Ta Ewangelia, radosna nowina przełamuje ich strach. Otwiera ich
serca na Jezusa Chrystusa.
Opuszczają wszystko, ruszają by jako pierwsi przywitać Syna
Bożego. A gdzie? Żłób i siano, czy to oznaka bogactwa godnego króla?
Nie, to symbole poniżenia i ubóstwa.
To otwarcie się Boga na cierpiących i poniżonych. Wyraźnie
ukazanie po czyjej stronie Bóg stoi. Po stronie bezimiennych ludzi,
ciężko pracujących na kawałek chleba. Już przez swe narodzenie Jezus
wyciąga rękę do każdego z nas. Dając pierwszeństwo ubogim i
pokornym, tym którzy w niego uwierzą. Nie zamyka się jednak i na
uczonych i mądrych, serce i gwiazda także przyprowadziły ich do
Betlejem. To znani nam Trzej Mędrcy z Ewangelii Mateusza, którzy
przybyli oddać pokłon niemowlęciu.
Jednak tu należałoby się zatrzymać i podkreślić jedną ważną
sprawę, że syn Boży został przywitany przez bezimiennych
przedstawicieli ludzi na ziemi. Imiona Kacper, Melchior czy Baltazar
nie mają miejsca w Biblii, te wraz z choinką i wieńcem adwentowym są
napływem tradycji, która wzbogaca nasze obyczaje i która dodaje
koloru i uroku naszym świętom.
Ta biblijna bezimienność pozwala stanąć każdemu z nas na
miejscu pastuszka lub mędrca. Na miejscu ludzi, którym jest
objawiona Ewangelia - Dobra Nowina o Jezusie Chrystusie. Zarówno tym
narodzony w Betlejem, jak i tym ukrzyżowanym na Golgocie.
Jedni z nas przyjmują go przez czytanie książek, komentarzy i
studiowanie różnych dzieł, inni zaś nic więcej prócz prostego serca,
czytającego tylko Słowo Boże, będąc w czuwaniu i modlitwie.
To my pastuszkowie i mędrcy, którzy dziś oczekujemy Chrystusa
powracającego w chwal!
Lecz czy znajdziemy się wśród tych bezimiennych a witających?
Czy nasze serca są na to przyjście przygotowane? Owi pasterze i
mędrcy stali się pierwszym zborem Chrystusa. Małym i zróżnicowanym a
jednak wielkim w swym duchu i wierze.
Jak mówi Ew. Łukasza: " a ujrzawszy, rozgłosili to, co im
powiedziano o tym dziecięciu."
Oni jako pierwsi poszli z Ewangelią w świat. Dając nam przykład
jak głosić to w co wierzymy.
Amen
Ks. Tomasz Wola