ul. Buczka 48; 64-920 Piła

tel. kom. (+48) 607 554 343

tel. (067) 353 23 64;  (067) 353 23 67

email: pilaluteranie@op.pl

Parafia Ewangelicko-Augsburska w Pile

Artykuły

STRONA GŁÓWNA

 

BUDOWA KOŚCIOŁA

 

WYPOŻYCZALNIA SPRZĘTU REHABILITACYJNEGO

 

CHÓR PARAFIALNY

 

PIEŚNI KOŚCIELNE

 

KAPELAN EDW

 

ZESPÓŁ PARAFIALNY

 

KONTAKT

TRADYCJA U LUTERAN

„Tradycja u Luteran”

– czyli Święta bożegonarodzenia w Kościele Ewangelicko- Augsburskim

 

     Jak często mówimy, że Kościół Luterański jest Kościołem Słowa Bożego, zapierając się, iż Tradycja jest nam czymś obcym, i że tak naprawdę to gości ona u naszych braci z Kościoła rzymsko katolickiego. Są w tym z pewnością racje nie podważalne, iż u nas tradycja stała się sprawą drugo lub trzeciorzędną w refleksji wyznaniowej. Dyskusje wokół strojów liturgicznych.

     W roku 1839 ewangelicki nauczyciel Johann Hinrich Wichern, w domu opieki dla sierot i biednych dzieci w jednej z dzielnic Hamburga zapalił w I Niedzielę czasu Adwentu pierwszą z dwudziestu trzech świec (19 małych czerwonych – oznaczały dni powszednie, a 4 białe, duże - niedziele). W ten sposób w domu „Rauhe Haus”wśród małych podopiecznych zrodziła się ewangelicka tradycja wieńca adwentowego, która przetrwała aż do dnia dzisiejszego we wszystkich parafiach luterańskich na całym świecie, a także zaaklimatyzowała się w innych Kościołach chrześcijańskich. Dziś są to zazwyczaj tylko cztery świece zapalane w każdą, kolejną niedzielę Adwentu, a sam wieniec adwentowy stał się symbolem hołdu wobec króla, który w postaci dzieciątka Jezus stąpił na ziemię. Ludzie spotykają się wokół ciepła adwentowego wieńca śpiewając przy nim pieśni wyczekiwania i czytają Słowo Boże wieniec. Pierwszy wieniec adwentowy zawisł Kościele w roku 1930 w diasporalnej Parafii w Monachium.

     Sam Adwent dla ewangelików jest czasem wyciszenia, refleksji nie tylko nad tym co się stało wiele lat temu w noc betlejemską, ale także nad tym co będzie w zapowiedzianym i ponownym przyjściu Chrystusa na świat. W tym okresie wielu domach ewangelickich robi się ozdoby na ściany mieszkania i przed domami, by radośnie przeżywać zbliżające się święta. W większości parafii odbywają się spotkania, tzw. „adwentówki”, w różnych gronach chórzystów, dzieci czy młodzieży. Oczywiście „adwentówka”, to także pierwsze życzenia, opłatek i prezenty. Tu należy podkreślić, iż wśród luteran w Pile pamięć o innych, nie koniecznie tego samego wyznania, pozostaje ważnym elementem jej życia.

     Gdy nadchodzi o czas Świąt Bożego Narodzenia, w wielu domach ewangelickich coraz częściej słychać śpiew kolęd, które są nieodzowną częścią tych świąt. Kolęda w Kościele Luterańskim żyje w nim od samego początku jego powstania, już pierwsze z nich zostały napisane przez Ojca Kościoła – ks. dr Marcina Lutra (najbardziej znana: „Jam z niebios zszedł”) w XIV wieku. Jednak sztandarową kolędą ewangelicką śpiewaną wielu krajach i kościołach na całym świecie jest napisana w 1818 roku przez Józefa Grubera „Cicha Noc”!

     Oczywiście nie zapomina się o choince bożonarodzeniowej, która w Polsce przyjęła się w XVIII wieku z ewangelickich Prus Książęcych. Na początku gościła tylko wśród luterańskich mieszczan pochodzenia niemieckiego, a dziś gości w każdym domu chrześcijańskim i nie tylko. Dokładne rysy choinki bożonarodzeniowej można pierwszy raz zauważyć w sztychu protestanckiego artysty L. Cranacha Starszego z początku XVI stulecia, które przedstawia drzewko wigilijne ozdobione gwiazdkami i świeczkami. Na nim znajdował się ozdobny łańcuch symbolizujący węża kusiciela z rajskiego drzewa życia, a na czubka gwiazda symbolizująca, tą światłość na podstawie, której trzej mędrcy szli do Betlejem przywitać nowonarodzonego Króla. W Polsce podobnie jak wieniec adwentowy tradycja zielonej choinki (koloru nadziei), został przyjęta z zachodu, gdzie podczas zaborów w polskich miastach przebywali urzędnicy i żołnierze pruscy, którzy już od XVII gościli w swych domach tradycje obsypanej w słodycze i owoce choinki bożonarodzeniowej.

     Symbol gwiazd bożonarodzeniowej, zawiązany jest także z kręgiem pietyzmu herrnuhut`ckiego, która w swym wyglądzie przypomina lampion, wiszący wielokrotnie w oknach, na balkonach, a także od niedawna przy wejściach do niektórych Kościołów Luterańskich w Polsce. W tym miejscu należy pamiętać o prezencie, który co roku jest nam ofiarowany przez Jednotę Braci z Hernhut. Jest to dodatek do naszego Kalendarza Ewangelickiego – „Z Biblią na co dzień”

     Boże Narodzenie należy obok Wielkiego Piątku i Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do triady największych Świąt obchodzonych w Kościele Luterańskim.

     Sam Kościół Ewangelicko-Augsburski posługuje się zachodnim kalendarzem liturgicznym, w którym pamiątka przyjścia Jezusa Chrystusa na Świat obchodzona jest 25 grudnia. Dzień wcześniej obchodzi się Wigilię Narodzenia Pańskiego, która stanowi początek uroczystych nabożeństw. 24 grudnia do zachodu słońca jest jeszcze liturgicznie dniem Adwentu, ale po zachodzie słońca jest Wigilią Narodzenia Pańskiego, czyli przygotowaniem do obchodzenia pamiątki pierwszego przyjścia na świat Syna Bożego. Pierwotnie dzień ten w Kościele obchodzony był 6 stycznia i dopiero później Kościół przyjął noc z 24/ 25 grudnia za dzień Narodzenia Pańskiego, albowiem ta noc jest najdłuższa ze wszystkich i już od 25 grudnia sukcesywnie dzień staje się dłuższy. Z tym symbolicznym rozumieniem dni pamiątki bożonarodzeniowej łączą się słowa biblijne z 1 Kor 13,12 „Noc przeminęła, a dzień się przybliżył”, czy z Iz 9,1: „Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie.”

     W Kościołach Luterańskich rozpoczyna się Święta Narodzenia Pańskiego w trzech nabożeństwach, które mają nieomalże taką samą liturgię: nabożeństwem wigilijnym pomiędzy godziną 16.00 a 18.00, tam gdzie zbory są w diasporze i gdzie wierni mają daleko do kościoła, nabożeństwem zwanym „Pasterką” pomiędzy godziną 21.00 a 24.00 i nabożeństwem świątecznym nad ranem 25 grudnia zwanym „Jutrznią” o godzinie 5.00.

     Jednak w pilskiej Parafii nabożeństwo wigilijne odbywa się tylko o godz. 17.30. Wiąże się głównie z praktycznym rozwiązaniem problemu przyjazdu wiernych z okolic całego (byłego) województwa pilskiego, który stanowi teren służby miejscowego księdza, a „Pasterka” i „Jutrznia” wżyły się przede wszystkim tradycje ewangelicyzmu na Śląsku Cieszyńskim, na którym to w dalszym ciągu zamieszkuje największa ilość osób denominacji luterańskiej.

     W wieczór wigilijny ewangelicy gromadzą się przy stole świątecznym, rozpoczynając kolację wigilijną od nabożeństwa domowego, a więc od pieśni, modlitwy i czytania Ewangelii, zazwyczaj słowa z ewangelii ap. Łukasza 2,1-14 (lub 1 - 20). Łamany jest opłatek wigilijny, wymieniane są życzenia i prezenty, które są dalszą częścią wspólnego przeżywania czasu wigilijnego i w symboliczny sposób świadczą o największym darze, jaki dał nam Ojciec w Synu Swoim Jezusie Chrystusie.

     Dzień 26 grudnia łączy w sobie dwa ważne upamiętnienia, gdyż właśnie wtedy w Kościele Luterańskim wspomina się pierwszego męczennika za sprawę Jezusa Chrystusa Diakona Szczepana oraz dzień ten jest jednocześnie drugim Świętem Narodzenia Pańskiego, a więc przedłużeniem obchodów pamiątki wydarzenia betlejemskiego.

JAK BLISKO BOGA?

Hans Christian Andersen – minęło 200 lat urodzin.

 Rok 2005 w wielu krajach Europy był obchodzony pod patronatem Hansa Christiana Andersena, który urodził się 200 lat temu, 2 kwietnia 1805r, na duńskiej wyspie Fonii, w Odense, w drugim co do wielkości mieście Danii. Andersena, jako pisarza baśni, które uczyniły go sławnym w jego współczesnym świecie, lecz nie tylko, gdyż obok nich znalazły się powieści, czy wiersze do których muzykę skomponował choćby Schumann. Nie można także zapomnieć tego, co ukazuje nam obraz Andersena, który z „brzydkiego kaczątka”, stał się pięknym łabędziem XIX wieku, czyli jego autobiografii pt. „Baśń mojego życia”. Owa baśń Andersena, łączy się także z Bogiem i Kościołem. Co odbija się delikatnie w jego twórczości baśniowej, jak i w listach i biografii.

     Jak wspomnieliśmy Andersen urodził się 2.04.1805 r., w protestanckiej Danii, i został ochrzczony w domu jeszcze tego samego dnia, gdy pojawił się na świecie. Uczyniono to z przezorności, ze względu na dużą umieralności dzieci w pierwszych tygodniach życia. Sami rodzice H.Ch. Andersena, pobrali się zaledwie dwa miesiące wcześniej w kościele św. Knuda.

     Matka Andersena, Anne Marie, była pobożną jednak zabobonną praczką, w jej pobożności istniały trolle i duchy, a w kryzysowych sytuacjach wysyłała młodego Hansa Christiana po wróżbitów by wysłuchiwać ich rad. Małe dziecko wyrastało w strachu przed ciemnością i przykościelnymi cmentarzami. Zupełnie inaczej sytuacja miała się z ojcem, „wolnym duchem”, który spędza wielu czasu na studiowaniu historii i Słowa Bożego. Był z jednej strony fantastą, a z drugiej wolnomyślicielem, za co uwielbiał swego ojca mały Hans Christian. Czytając Biblię, czynił ją podstawą refleksji i głębokiego zastanowienia co przerażało zabobonną matką. Jak wspominał później Hans Christian Andersen, ojciec: „Rozważał w ciszy to co przeczytał, ale kiedy dzielił się swoimi myślami z matką, ona go nie rozumiała, i dlatego coraz bardziej się w sobie zamykał. Pewnego dnia odłożył Biblię ze słowami: - Chrystus był człowiekiem, jak my, ale człowiekiem nie zwykłym! – Matkę przeraziły te słowa i wybuchła płaczem; przestraszony, modliłem się do Boga, żeby wybaczył ojcu tę herezję.” Ojciec Andersena, który pobudzał jego myślenie i otwierał mu oczy na świat i wiedzę, zmarł 1816r. Od tego okresu Hans Christian musiał zajmować się sobą, gdyż matka zbiedniała.

     W wieku czternastu lat, jak prawie każde miejscowe dziecko w okolicy, Andersen poszedł do konfirmacji, co było dla niego ogromnym przeżyciem. Ubrany w garnitur przerobiony z palta po ojcu, i nowych butach szedł dumnie do ołtarza, To przeżycie marszu odbiło się w jego baśni „Czerwone buciki”, kiedy pisał: „Buty skrzypiały i cieszyłem się z tego w duchu, bo w ten sposób cała gmina mogła się przekonać, że są nowe.”

     Ze względu na piękny sopran, który posiadał młody Hans Christian, dorabiał on pieniądze by wyjechać do Kopenhagi, i rozpocząć nowy etap swego życia. W tych pragnieniach pomogli mu: wdowa po pastorze Bunkeflod, w której domu Andersen zapoznał się literaturą, w szczególności Szekspirem, oraz biskup Plum.

     W roku 1826, Hans Christian pisze wiersz „Umierające dziecko”, który stanowi punkt zwrotny w jego twórczości, gdyż jako jeden z pierwszych odniósł się do tematu umierania dzieci, ale także „przemówił głosem dziecka” , poczym powoli zaczął odkrywać możliwość pisania zarówno do dzieci, jak i dorosłych, poprzez odwrócenie spojrzenia docierał do „dziecka, które mieszka w dorosłym”. W „Nowych szatach cesarza”, dziecko staje się ideałem człowieka mądrego, a przede wszystkim czystego w swym myśleniu. W baśni tej wystąpiła krytyka hipokryzji i snobizmu, oraz została wyśmiana ludzka próżność, tak często goszcząca na dworze ówczesnych władców, ale także dziś.

     W 1837 roku Andersen, skończył pisać „Małą syrenkę”, jedną z najbardziej znanych baśni, w której z folklorem pogańskim mieszają się chrześcijańskie idee jak: pokuta i milczenie i poświęcenie, a symbolika tej baśni, oddziałuje na ludzi każdej epoki. Niedoskonałość tytułowej bohaterki, staje się znakiem dla nas. Odrzucenie z powodu tej niedoskonałości, czy w końcu nieodwzajemniona miłość, są podstawami psychologicznych i duchowych prawd. Milczenie i dobroć kobiety, uchwycił też Andersen w „Dzikich łabędziach”, w której to baśni przebija się motyw wybaczenia i objawienia.

     Hans Christian Andersen, cały czas podróżował, w roku 1844 odwiedził Goethego w Weimarze, i zagościł przez długi okres na dworze władcy Weimaru, Karola Aleksandra, który fascynował się jego twórczością, pisząc w potem: „Przedziwne pragnienie kazało mi zobaczyć miasto, gdzie żyli Goethe, Schiller, Wiegand i Herder, z którego tak wielkie światło promieniowało na cały świat. Przybyłem do kraju uświęconego przez Lutra, przez Święto Pieśni, na zamku Wartburg i pamięć o wielu wielkich i szlachetnych wydarzeniach.

     Na duchowość Andersena nie oddziaływał wyłącznie Weimar, ale ludzie z którymi przebywał, znał i czytywał, do nich należała z pewność znakomita skandynawska solistka Jenny Lind, do której Andersen pisał „Człowiek się śmieje, płacze, czuje się dobrze, jak po powrocie z kościoła, staje się lepszym człowiekiem! Czuje, że w sztuce obecny jest Bóg, a tam gdzie Bóg staje z nami w twarzą w twarz, tam jest święty kościół”, sama zaś Lind, twierdziła, że „nie potrzebuje mistrzów: „Bóg do tego stopnia zapisywał we mnie to, czego się powinnam nauczyć, moje ideał były (i są) tak wysokie, że żadna istota ludzka nie mogłaby sprostać moim wymaganiom. Toteż nie śpiewam zgodnie z jakąś methode, lecz podług ptaków (o ile byłam do tego zdolna), jedynie bowiem ich Nauczyciel odpowiadał mojej potrzebie prawdy, czystości i ekspresji.”

     W korespondencyjnej relacji znalazł się z Andersen, z inny ”wielkim” duńczyk – S?ren Kierkegaard, który jeszcze jako student napisał powieść pt. „Z papierów człowieka jeszcze żyjącego – wydał wbrew jego woli S. Kierkegaard” z podtytułem „O Andersenie jako powieściopisarzu , ze stałym uwzględnieniem ostatniej jego książki „Tylko grajek”, w której to skrytykował wymienione w podtytule dzieło Hansa Christiana, pisząc o nim, iż „rzecz jest akademicka, nudna i koturnowa.” Jednak Andersen wybaczył młodemu Kierkegaardowi, jego mocne słowa, wysyłając mu w 1848 roku dowcipnie tom najnowszych baśni z dedykacją: „Drogi Panie Kierkegaard [sic!], Albo spodobają się Panu moje nowe baśnie, Albo się nie spodobają, zrodziły się bez bojaźni i drżenia, a to już coś. Szczerze oddany Autor.” Dedykacja ta odnosiła się do niedawno wydanych dzieł Kierkegaarda „Albo-albo” oraz „Bojaźń i drżenie”. Pomimo różnych zakresów swojej twórczość byli oni sobie bliscy w swej krytyce mieszczaństwa, oraz samotności i poszukiwaniu prawdy dla wyizolowanego człowieka. Podobna była także ich religijność niezbyt bliska kościołowi, jednak bliska samemu Bogu. W obu wypadkach możemy mówić także o kryzysach wiary i pytaniach wobec Boga. W swojej powieści „Być albo nie być” , Andersen pod postacią swego bohatera młodego Niella Bryde, pochodzącego z pastorskiej rodziny, wyraża własne duchowe rozterki. Wpierw pod wpływem pism Straussa i Feuerbacha utratę wiary, następnie pod wpływem miłości do młodej żydówki jej odzyskanie. Być może nie sprecyzowaną w konkretnych dogmatach, jednak w bliskości z Bogiem.

     Pragnienie bliskości Boga, ukazuje Andersen w wigilijnej opowieści „Ostatni sen starego dębu”, w której potężny dąb śni, że oderwał się od ziemi, ku światłości i blaskowi. Sen przeradza się w realia i podczas wichury w noc wigilijną, zostaje on wyrwany wraz z korzeniami. W tym miejscu słychać myśl o wyzwoleniu dusz ludzkiej przez Chrystusa.

     Gdy chodzi o samego Chrystusa i religię, w jednej z dyskusji z przyjaciółmi, Andersen mówił: „że nauka pochodzi od Boga i jest błogosławieństwem, a kwestia poczęcia i stosunki rodzinne są bardzo interesujące, ale dla mnie nie istotne.”, w późniejszym czasie pisząc na zakończenie szczęśliwego dla niego 1867roku, takie słowa: „Mój Panie Boże, mój jedyny Boże, dzięki za ten stary rok, obojętnie, co może, odważy się, czy nie będzie musiał przynieść nowy; proszę, Boże, daj mi siłę, by to unieść, nie opuszczaj mnie.”

     Hans Christian Andersen zmarł ranem 4 sierpnia 1875 roku. Pogrzeb odbył się w katedrze Vor Frue Kirke 11 sierpnia.

     Przez całe życie Andersen zadawał sobie sprawę, że otrzymał od Boga ogromny dar którym była fantazja, i potrafił to w właściwy sposób wykorzystać, „nie zakopał w ziemi talarów, otrzymanych od pana” z przypowieści. Wziął i dawał, będąc za to Bogu wdzięcznym. W autobiografii pisał „Moje życie jest piękną baśnią, jakże bogatą i szczęśliwą. Gdybym jako chłopiec (…) spotkał potężną wróżkę , która by mi powiedział: wybierz swoją drogę i swój cel(…), mój los nie mógłby być szczęśliwszy (…). Historia mojego życia powie światu, to co mówi do mnie, że istnie dobry Bóg, który wszystko prowadzi do dobrego.”

     Dobry Bóg dał wielkiemu Duńczykowi talent, ten natomiast da światu inne spojrzenie na: dziecko, zwierzęta i baśń. Uwrażliwiając człowieka na to co małe, delikatne, bezbronne.

     Bezsprzecznym osiągnięciem, było skoncentrowanie się na dzieciach i ich problemach, jednej z milczących uciskanych grup Europy i świata. Równości prawa do słowa i wyrażania emocji, była niezwykłym hasłem jako pogląd XIX epoki. Można w jego twórczości usłyszeć głos Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przywodzić do mnie,”.

 

(cytaty pochodzą z: J. Wullschläger „Andersen. Życie baśniopisarza, przeł. M. Ochab, Warszawa 2005 )

 

Ks. Tomasz Wola

„WIELKA OFIARA Z MAŁEGO KOŚCIOŁA” (1939 -1945)  Wspomnienie po 60 latach.

 Wspominając tych, którzy zginęli podczas działań wojennych II wojny światowej, 60 lat po jej zakończeniu, wielokrotnie wspomina się żołnierzy, partyzantów tych którzy strzegli granic naszej Ojczyzny na lądzie, morzu czy w powietrzu. Walczyli o polskości z karabinem w ręku. Ale ta walka kryła się o wiele głębiej, jej korzenie sięgały nawet tam gdzie, jak wydawać by się mogło, nie powinna zajść. To Kościół. Niestety także i nasz ewangelicki w Polsce.

     Ponad sto dwadzieścia lat germanizacji odcisnęło swoje piętno na Kościele Ewangelickim, w szczególności tym, który istniał na odzyskanych ziemiach byłego zaboru pruskiego. Od samego początku miały miejsce konflikty pomiędzy przedstawicielami Kościoła Ewangelicko-Unijnego, będącego ostoją niemieckości w niepodległej Polsce, a odradzającym się Kościołem Ewangelicko-Augsburskim, którego generalnym superintendentem w Polsce od marca 1920 roku był ks. Juliusz Bursche.

     Głównym problemem dla Polski zarówno jako państwa, jak i Kościoła luterańskiego stała się sprawa powrotu do macierzy Mazur, Górnego i Średniego Śląska oraz części Wielkopolski, gdzie ogromny odsetek stanowili, niejednokrotnie agitowani przez władze niemieckie, ewangelicy. Tej propagandzie od samego początku musiał przeciwstawiać się Kościół luterański w Polsce. Generalny superintendent Juliusz Bursche, wraz z premierem Polski oraz innymi przedstawicielami władz, przedłożyli na Kongresie Pokojowym w Paryżu Memoriał w przedmiocie protestantów polskich w Prusiech Wschodnich o konieczności powrotu w/w ziem do Polski. Ten fakt oraz otwieranie nowych parafii na terenach zajmowanych do tej pory w ogromnej mierze przez Kościół Ewangelicko-Unijny (Niemiecki) w poznańskiem i na Pomorzu, tj. w Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Tczewie czy Gdyni, zadecydowały o tym, że Burschego zaczęto traktować jako wroga Kościoła Ewangelicko-Unijnego i osobę, która podburza rząd polski przeciw nim . Księża unijni nie udostępniali kościołów dla odprawiania nabożeństw polskich ani też nie zapewniali posługi duszpasterskiej ewangelikom narodowości polskiej. Przybyli tam korzystali tylko z Kościołów Staroluterskich lub też z wypożyczonych przez władze sal i auli szkolnych . Konflikt jeszcze bardziej się zaognił, kiedy w 1936 roku dekretem prezydenta uregulowano prawnie działalność Kościoła Ewangelickiego, w którym przyznano władzy państwowej możliwość daleko idących ingerencji w pracę Kościoła (najsilniej w sprawy personalne). Przedstawiciele niemieckich ewangelików potraktowali ten dekret jako atak skierowany przeciw nim . Dnia 8 lipca 1937 roku Prezydent Mościcki zatwierdził wybór Juliusza Bursche na biskupa Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce, a następnie 26 października 1937roku, w obecności ministra Świętosłowskiego oraz dyrektora do spraw wyznań, przyjął od biskupa Burschego przysięgę wierności .

     Ci, którzy wraz z biskupem Juliuszem Bursche , a także ich następcy, stanęli za Polską i polskością, w niedługim czasie zostali rozliczeni ze swego patriotyzmu. Spośród 125 duchownych, którzy – według danych biskupa Burschego – przyznawali się do polskości, aresztowano łącznie 62 i jednego diakona , czyli ponad połowę duchowieństwa luterańskiego. 39 z nich uwięziono w obozach koncentracyjnych Sachsenhausen, Dachau, Gross-Rosen i Stutthof, 3 zamordowano, a jeden zginął bez wieści .

     Innymi przyczynami szybkiej interwencji władz hitlerowskich po napadzie na Polskę w 1939 roku było zaangażowanie bp. J. Burschego w Mazurskim Komitecie Plebiscytowym, patronowanie w Zrzeszeniu Ewangelików Polaków na Mazurach, członkostwo w Związku Obrony Kresów Zachodnich, Związku Polskich Towarzystw i Zborów Ewangelickich czy fakt, że był on mężem zaufania rządu polskiego . W sprawozdaniu podporucznika Stillera, kierownika referatu p.n. „Protestantyzm”, Głównego Urzędu SS z dnia 12 października 1939 r., aresztowanie bp. J. Burschego oraz innych duchownych ewangelickich uzasadniono: „zdradziecką postawą tych księży renegatów”.Stiller podkreślał też, że należy zwrócić uwagę na różnice„między jakimś renegatem, który podejmował decyzję zdrady narodowej jako osoba prywatna, a duchownym, który był duchowym i wpływowym przywódcą setek i tysięcy ludzi pierwotnie niemieckich, który tą zdradziecką wobec narodu decyzję podejmował w imieniu większej wspólnoty”.

     Biskup J. Bursche, na początku września 1939 roku, miał jeszcze szansę ucieczki – otrzymał on polecenie opuszczenia Warszawy przez przedstawicieli rządu. Najpierw drogą telefoniczną (w nocy z 6 na 7 września) został poinformowany o zbliżaniu się armii niemieckiej. Upierał się jednak, by pozostać na miejscu swojej posługi duszpasterskiej, za co dwukrotnie upomniano go przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a po raz trzeci przez Ministerstwo Wyznań Religijnych. Następnie został wprost zmuszony do ewakuacji . Opuściwszy stolicę zatrzymał się jednak w Lublinie, gdzie w miejscowej parafii nie było już duszpasterza, gdyż niedługo przed wojną zmarł Ks. senior Schoeneich. . Tam biskup pełnił do końca swą posługę. Na każde zaś nalegania będącego z nim księdza Edwarda Szendela, aby uciekać, by chronić życie, zawsze odpowiadał: „Ja z Polski nie ucieknę, ja chcę razem z Polską cierpieć”

     3 października 1939 roku biskup J. Bursche został aresztowany i przewieziony do Radomia, następnie, wraz z księdzem Szendelem, był tam przesłuchiwany i katowany. W podobnym czasie co biskupa J. Burschego aresztowano seniorów (bp. diecezji): L. Maya w Tomaszowie Mazowiecki i A. Lotha w Warszawie.

     W styczniu 1940 roku z Radomia biskup J. Bursche został wywieziony do centrali Gestapo w Berlinie przy PrinzAlbrechtstrasse 9, natomiast ksiądz E. Szendel trafił do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu, gdzie przebywali również trzej bracia biskupa i jego wnuk. Syn biskupa, Stefan Bursche, został rozstrzelany w lasach lućmierskich pod Zgierzem tylko dlatego, że był dzieckiem Biskupa Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Dwaj bracia biskupa nie przeżyli męczarni w obozach koncentracyjnych i prac w kamieniołomach w Gusen, filii Mauthausen. Ks. prof. Edmund Bursche zmarł 26 lipca 1940 roku, a Alfred Bursche w styczniu 1942 roku. Pół roku przed swą śmiercią prof. Edmund Bursche krótko rozmawiał z Himmlerem, co stało zadecydowało o tym, że przewieziono profesora z więzienia na Pawiaku prosto do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen - Oranienburg. Oto fragment wspomnień ks. prof. dr hab. Woldemar Gaspary pochodzący z książki Straty Kościoła Ewangelickiego w czasie okupacji: „1 maja 1940 r. więzienie na Pawiaku wizytował zwierzchnik gestapo, sam Himmler. Przechodząc przed frontem ustawionych w szeregu więźniów, Himmler zwrócił uwagę na starszego czarno ubranego pana z długą patriarchalną brodą i zapytał o nazwisko i stanowisko. Usłyszawszy Bursche — profesor uniwersytetu — zauważył ze złośliwym uśmiechem: „Auch ein Volksverrater". Porywczy prof. Bursche, siląc się na spokój, odpowiedział: „Nikogo nie zdradziłem, zawsze byłem Polakiem i jestem nim teraz, nie jestem więc zdrajcą". Himmler zatrzymał się na chwilę, popatrzył na swoje otoczenie i poszedł dalej”

     Biskupa Bursche przewieziono do obozu w Oranienburgu jako więźnia nr 166Ż, następnie 14966Ż . Został odizolowany od innych duchownych, którzy znajdowali się w bloku 16, przebywał w pojedynczej celi tzw. „Zellenbau” w jednopiętrowym więzieniu przeznaczonym dla osób podobnych jemu. W osobnych celach znajdowali się tam m.in.: gen. Stefan „Grot” Rowecki – naczelny dowódca AK, ministrowie francuscy Mandel czy Debos czy powojenny biskup Kościoła ewangelickiego w Niemczech Martin Niemöller. „Zellenbau” miał złą sławę – ciemnice, chłosty, zawieszanie na „słupku” i inne tortury były stosowne przez załogę SS właśnie w tej części obozu z wielką częstotliwością . Tam też biskup J. Bursche pozostał nawet wtedy, gdy 13 grudnia 1940 roku innych duchownych różnych wyznań i narodowości wywieziono do Dachau. Księży katolickich i ewangelickich zgromadzono w Dachau w blokach 28 i 30. Według informacji wnuka Biskupa – Ks. Henryka Wegnera – opuścił obóz później, mianowicie został odesłany do szpitala policyjnego w Berlinie

     Niemcy cały czas bali się wpływu prawie osiemdziesięcioletniego starca na innych i dlatego odizolowywali go od pozostałych duchownych ewangelickich. Dopiero w kwietniu dotarła do nich wiadomość o śmierci Ks. bp J. Burschego, który zmarł 20 lutego 1942 roku. W siedzibie Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa przy Alei Szucha rodzina biskupa mogła odebrać walizkę z rzeczami, jakie biskup posiadał z sobą w więzieniu, ale jego zwłok bliskim nie wydano. Dokładnych okoliczności tej śmierci ani kościół, ani rodzina zmarłego nigdy nie poznali.

     Wśród tych, którzy znaleźli się w Dachau i dowiedzieli się o śmierci bp. Burschego, był konsenior diecezji lubelskiej – Ks. Edmund Friszke. W dokumentacji z jego aresztowania zachowała się notatka funkcjonariusza SD, opisująca podstawy aresztowania w Radomiu, a następnie wysłania go do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen i Dachau: „aresztowany zapobiegawczo, a następnie przeniesiony do obozu koncentracyjnego, ponieważ dowiedziono, że wydał on na systematyczną polonizację jako przywódca duchowy 45.000 ludzi niegdyś niemieckich”. ” . Od kwietna 1937 roku ks. E. Friszke, będąc konseniorem diecezji lubelskiej, zwalczał wszelką propagandę narodowosocjalistyczną wśród kolonistów niemieckich, który to problem stawał się coraz bardziej naglącym szczególnie w parafii radomskiej. Za to właśnie już 21 września 1939 roku został aresztowany. Z Radomia przewieziono go do Berlina, a następnie do Sachsenhausen i Dachau, należał jednak do tych, którzy przetrwali okres wojny. Po wojnie został seniorem diecezji mazurskiej, z siedzibą w Olsztynie, jednak w dalszym ciągu musiał zmagać się z problemami na tle narodowościowym i wyznaniowym. Ówczesne władze państwowe podsycały wzajemną nienawiść poszczególnych społeczności . Za aktywną działalność polonizacyjną w 1986 roku ks. E. Friszke został pośmiertnie odznaczony Medalem Rodła.

     Mówiąc o męczennikach Kościoła Ewangelickiego, którzy do końca byli wierni Ojczyźnie, nie możemy zapomnieć o duchownych z Poznania. Zgodnie z planem rozwoju Kościoła Luterańskiego na ziemiach odzyskanych w 1920 roku przystąpiono do zorganizowania od podstaw polskiej parafii Ewangelicko- Augsburskiej w Poznaniu na bazie Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego.

     Już 4 kwietnia 1920 roku ks. Karol Kotula (późniejszy biskup kościoła) odprawił po polsku pierwsze nabożeństwo w Kościele Staroluterskim w Poznaniu. W tym samym roku konsystorz podjął uchwałę o reaktywowaniu polskiej Parafii Ewangelicko - Augsburskiej w Poznaniu. Później powstały kolejne polskie parafie ewangelickie w Wielkopolsce. Ich organizacją zajął ksiądz płk. Józef Mamica, który był pracownikiem Ministerstwa Wyznań Religijnych. Wcześniej angażował się też w prace nad przyłączeniem Śląska Cieszyńskiego do Polski, w tej sprawie jeździł nawet na konferencje pokojowe do Paryża. Płk J. Mamica otaczał opieką duszpasterską miejscowych ewangelików w latach 1920 –1924. Po wybuchu II wojny światowej, aresztowany przez Gestapo, zmarł śmiercią głodową w obozie w Mathausen.

     Pierwszym proboszczem parafii poznańskiej okresu międzywojennego został Ksiądz Gustaw Manitius ( od 31.10.1924 do 09.1939 ), którego wybrano na urząd Seniora Diecezji Wielkopolskiej w dniu 22.04.1937 roku. Jego także Niemcy aresztowali w 1939 roku i więzili w Forcie VII w Poznaniu, gdzie zginął z rąk okupanta w nocy z 28/29 stycznia 1940 r.” . Ojciec Edward Frankiewicz z zakonu franciszkanów, który przebywał z. Ks. G. Manitiusem w jednej celi, wspominał w swym pamiętniku, „że pastorzy ewangeliccy należeli do najdzielniejszych przeciwników nazizmu”

     Wojna nie mogła ominąć ewangelickich duszpasterzy wojskowych, którzy w dniu agresji byli na swoich posterunkach. Zarówno Gestapo, jak i NKWD z równą zaciekłością poszukiwało ewangelickich kapelanów. Wielu z nich zginęło w obronie Ojczyzny. Jak podaje w swej pracy Krzysztof Jan Rej:

     Ks. mjr Banszel – aresztowany przez NKWD zginął prawdopodobnie w Kozielsku;

     Ks. płk J. Mamica – zginął w obozie Mauthausen;

     Ks. płk R. Paszko – zginął w Katyniu;

     Ks. mjr J. Potocki – zginął w Katyniu (Kościół Ew. – Ref.);

     Ks. J. Bieliński – zginął w Powstaniu Warszawskim;

     Ks. Z. Loppe (senior Diecezji Wileńskiej - kapelan pomocniczy ) – 3 lata w obozie koncentracyjnym w Dachau, przeżył;

     Ks. J. Kahané (kapelan pomocniczy) – zginął jako ofiara hitlerowskich eksperymentów, zagazowany w Instytucie Eutanazji w Pirnie k. Drezna (podobnie zginął Ks. Stefan Gumpert z Radzymina – zamęczono go pseudomedycznymi doświadczeniami w Stutthof, zmarł 14.01.1945 r.);

     Ks. J. Jelen – zginął w obozie w Dachau (Kościół Ew. – Ref.);

     Ks. L. Zaunar - zginął w obozie w Dachau (Kościół Ew. – Ref.);

     Ks. kpt. K. Messersrschmidt – uciekł z transportu, kiedy przewożono go z więzienia na warszawskim Pawiaku do Majdanka, ukrywał się do końca wojny.

     Po wojnie, do 31 marca 1950 roku, Ks. kpt. Messersrschmidt był ostatnim ewangelickim duszpasterzem wojskowym. Stało się tak dlatego, ponieważ władze komunistyczne zlikwidowały Ewangelickie Duszpasterstwo Wojskowe, uzasadniając tę decyzję brakiem ewangelików w wojsku oraz brakiem funduszy na utrzymanie takiej służby. Swoje umiejętności w dziedzinie perswazji na płaszczyźnie wyznaniowej wykazywali w szczególności oficerowie polityczni, którzy uniemożliwiali w praktyce rozwój duchowy żołnierzy.

     Należy zauważyć, że wśród aresztowanych w Polsce centralnej podczas najazdu nazistów w 1939 roku byli także duchowni, którzy przyznawali się do swej niemieckości, ale do końca pozostali lojalnymi obywatelami Polski. Księża: Brunon Gutknecht z Gąbina (diec. płocka) oraz Kurt Merkel z Poddębic (diec. łódzka), zostali zamordowani za wierność krajowi, w którym żyli i ludziom, którym służyli, zaś księdza Alfreda Bittnera z Dąbia (diec. kaliska) najpierw aresztowano, pozbawiono urzędu duchownego, by w końcu wysłać go na front wschodni. Wszyscy oni ginęli za neutralność, za służbę Chrystusowi, który jest Bogiem pokoju.

 

Zakończenie

     Widać zatem wyraźnie, że jednym z głównych założeń okupantów stało się prześladowanie i eksterminacja inteligencji polskiej, do której zaliczono także duchownych protestanckich. Szczególnie boleśnie odczuł to Kościół Ewangelicko-Augsburski. Działo się tak dlatego, że już wcześniej był on niejednolity pod względem wyznawców, był też różnorodny kulturowo i językowo, czego po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku nie udało się ujednolicić.

     Jak zauważył dr Ryszard Michalak:„Kościół Ewangelicko-Augsburski, który liczył przed wojną 450 tys. wiernych z drugiej wojny światowej (…) wyszedł całkowicie rozbity. Hitlerowcy postrzegali jego przywódców jako zdrajców sprawy niemieckiej(...). Okoliczności odbudowy Kościoła były tragiczne. Szybko okazało się, że liczba wiernych skurczyła się o blisko połowę (ofiary wojny, osoby które pozostały na Kresach Wschodnich, na Zachodzie czy na Zaolziu”

     Powyższy referat miał na celu przywołać w pamięci tych, którzy oddali swoje życie za wolną i niepodległą Polskę oraz za Kościół, w którym ludzie różnych wyznań mogliby poczuć się równi wobec Najwyższego i wobec władz państwowych, gdzie nie byłoby lepszych i gorszych, równych i równiejszych. Niepodległość Ojczyzny, która przyniosła zarazem wolność wyznania, zrodziła w nich patriotyzm godny naśladowania. Umierając wielokrotnie w ciszy i w zapomnieniu, stawali się bezimiennymi patriotami bez pomników, tablic pamięci czy wyświęceń. Ich imię brzmiało „zaginiony”.Po II wojnie światowej „zaginiony” stał się „zapomnianym”,a jego poświęcenie niedostrzeżone.

     Ofiar na rzecz Polski złożonych przez Kościół Luterański nie dostrzegł na pewno komunizm, który stopniowo na różnych płaszczyznach niszczył go, zabierając kościoły, plebanie, szkoły czy szpitale. Przywoływał przy tym argumenty natury: „demograficznej (kościół winien przypaść większości wyznaniowej na danym terenie), narodowościowej (ewangelicy to Niemcy, którzy powinni opuścić Polskę, a kościół trzeba przekazać katolikom), historycznej (Kościół Ewangelicki ma przedreformacyjne korzenie, więc w rzeczywistości jest Kościołem Katolickim) i ekonomicznej (zbyt mała liczba wiernych nie będzie w stanie utrzymać kościoła)” .Tak oto likwidowano i w końcu wyrzucano z kraju wiernych. Nie można jednak powiedzieć, że martyrologia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego skończyła się w 1945 roku.

     A dzisiaj? Czy z takiej Rzeczpospolitej byliby dumni 60 lat po wojnie i czy o taką Polskę walczyli, ci, którzy wtedy zginęli?

     Na tych kilku stronach było niemożliwe, by wspomnieć o wszystkich duchownych ewangelickich, którzy zginęli za Polskę w czasie wojny, a także, tych, których śmierć zabrała po wojnie na skutek przeżyć w obozach koncentracyjnych, więzieniach i na polach walk. Ważne jednak, że byli, czasami bezimiennie umierając za naszą Ojczyznę.

     Im wszystkim należy się miejsce w naszej pamięci.

     Na zakończenie pragnę przytoczyć słowa tego, który walczył i zginął w tej samej sprawie ks. Dietricha Bonhoffera, by Kościół był wolny wszelkiego rasizmu, nazizmu i braku tolerancji wobec drugiego człowieka: „Nieskończenie łatwiej jest cierpieć w posłuszeństwie wobec czyjegoś rozkazu niż w wolności własnego odpowiedzialnego czynu. Nieskończenie łatwiej cierpieć we wspólnocie niż w osamotnieniu. Nieskończenie łatwiej jest cierpieć publicznie z honorem niż w ustroniu i pohańbieniu. Nieskończenie łatwiej jest cierpieć, narażając życie cielesne niż ducha. Chrystus cierpiał w wolności, osamotnieniu, w ustroniu i pohańbieniu, cieleśnie i duchowo, odtąd wielu chrześcijan z Nim.”

 

Ks. Tomasz Wola

 

ŻYCIE WSPÓLNE

 Napisane w 1938, a wydane po raz pierwszy w 1939 roku dzieło Dietricha Bonhoeffera Gemeinsames Leben doczekało się wreszcie swego tłumaczenia na język polski. Przełożone przez Kazimierza Wójtowicza CR i opatrzone wstępem przez dr hab. Andrzeja Napiórkowskiego OSPPE, ukazało się w serii Vita Consecrata, wydawnictwa ALLELUJA z Krakowa.

     Tu należy zaznaczyć, że nie po raz pierwszy intelektualiści katoliccy i nie po raz pierwszy "Kraków", podjął się trudu wydania na rynku polskim dzieła protestanckiego teologa, a idąc dalej radować się tym, że obok tak renomowanych wydawnictw jak: "Znak", "PAX" czy "W drodze", pojawiają się ciągle nowe wydawnictwa, których zainteresowanie krąży wokół teologii protestanckiej (np. Oficyna Wydawnicza "Signum" z Oleśnicy, która wydała na nasz rynek kilka dzieł Paula Tillicha - tłumaczenia Jan Adriana Łaty, czy w/w Wydawnictwo "ALLELUJA" dzięki, któremu na naszym rynku od 1999 roku można dostać dzieło Krzyż i zmartwychwstanie Dietricha Bonhoeffera).

 

     Struktura książki nie przedstawia zastrzeżeń, aczkolwiek już na początku odczuwa się brak wstępu napisanego przez protestanckiego teologa. Oparte na ostatniej edycji z 1997 roku "Gemeinsames Leben" zostało pozbawione także indeksu: osób, rzeczy i miejsc.

     Po krótkim słowie wstępnym autora, znajdujemy pięć rozdziałów, które pod względem tematycznym zgadzają się z podrozdziałami i treścią dzieła. Pierwszy rozdział definiuje i ukazuje czym jest życie wspólne i jak ważne w tej kwestii pozostają akcentowane w luteraniźmie "sola gratia" i "solus Christus". Następny rozdział dogłębnie ukazuje, jak powinien przebiegać dzień bycia we wspólnocie. Zwracając zdecydowaną uwagę na to, czym jest i jaka powinna być modlitwa chrześcijanina. Rozdział trzeci można uznać za kontynuację poprzedniego, ze wskazaniem jednak na chwile "samotności" we wspólnocie i modlitwę osobistą, po czym w płynny sposób następuje przejście do następnego rozdziału dotykającego służby we wspólnocie. Opierając się na wybranych tekstach biblijnych Starego i Nowego Testamentu, autor uczula czytelnika na swego bliźniego, z jego grzechami, osądzaniem, wysłuchaniem i przebaczeniem. Piąty rozdział nosi tytuł "Spowiedź i Wieczerza Pańska". W nim, Dietrich Bonhoeffer, powraca do przepracowanego wielokrotnie w teologii protestanckiej tematu Sakramentu Ołtarza, przede wszystkim zaś pokuty i spowiedzi. Uwrażliwia on w nim czytelnika na dawno zapomnianą (w luteraniźmie) formę spowiedzi przed "współbratem". To mowa oczywiście o spowiedzi nie przy konfesjonale, w którym siedzi kapłan, a o wyznaniu grzechów przed drugim chrześcijaninem ze wspólnoty, gdyż tu "...upada ostania twierdza samousprawiedliwienia (...). Spowiedź przed współbratem jest najgłębszym upokorzeniem, boli i pomniejsza, uderza z całą mocą w pychę " "Zakończeniem" dzieła staje się wspólnota Stołu Pańskiego, do której autor przygotowywał czytelnika przez cały ciąg wydarzeń wyjętych ze wspólnotowego życia chrześcijanina.

 

      Czytając dzieło "Życie wspólne", można dojść do wniosku, że stanowi ono drugi tom wydanego przez wydawnictwo "W drodze" (Poznań 1997) "Naśladowania" (Nachfolge) D. Bonhoeffera, w którym odczuwa się ten sam klimat i atmosferę. Idealistyczne poglądy autora będące efektem jego pracy i życia w seminarium kaznodziejskim w Finkelwalde pojawiają się na stronach obydwóch dzieł. Przepełnione duchowością i luterańskim chrystocentryzmem wskazują one na człowieka stojącego, wraz ze swym bratem, przed Ukrzyżowanym. Tu należy podkreślić, że trudno rozdzielić sytuację życiową D. Bonhoeffera z jego refleksją teologiczną . "Niewielu bowiem jest teologów, u których kontekst sytuacyjny i refleksja teologiczna tworzą tak nierozerwalną całość..." Gdyż do okresu 1939, autor dzieła "Życie wspólne" był tylko "teoretycznym" przeciwnikiem faszyzmu, żyjącym w nadziei, że wewnętrzny dramat Niemiec skończy się szybko, co później jednak przerodziło się w praktykę antyhitlerowską i spiskową działalność polityczną. Dlatego inaczej wyglądałaby myśl Bonhoeffera dotyczących "zemsty i sprzeciwu wobec wroga" przed 1939 rokiem: "Czy wolno nam wiec zmawiać psalmy nawołujące do zemsty? My, będąc grzesznikami i łącząc z tym tekstem złe myśli, nie możemy ich odmawiać, ale my - o ile jest w nas Chrystus, który sam doświadczył zemsty, aby Jego wrogowie zostali uwolnieni - my, jako członki tego Jezusa Chrystusa, możemy również i tymi psalmami się modlić: przez Jezusa Chrystusa." I po 1939 roku: "Byliśmy milczącymi świadkami czynów złych, jedliśmy chleb z niejednego pieca, nauczyliśmy się sztuki maskowania i wieloznacznej mowy; doświadczenia uczyniła nas podejrzliwymi i nierzadko musieliśmy skąpić ludziom należnej im prawdy i wolnego słowa, wśród konfliktów nie do zniesienia staliśmy się zepsuci, być może cyniczni i czy możemy się jeszcze przydać? Nie geniusze ani cynicy, mizantropi czy wyrafinowani taktycy, ale prości zwykli, szczerzy ludzie będą jutro potrzebni. Czy nasz opór wewnętrzny przeciw temu, co zostało nam narzucone, będzie dość silny, a prawości nasza wobec nas samych dość bezwzględna, by móc ponownie odnaleźć drogę do prostoty i szczerości?" Odpowiedź na to pytanie znalazła miejsce w życiu i śmierci luterańskiego pastora z Wrocławia (Breslau).

 

     Wracając jednak do treści niniejszego dzieła, to powinno znaleźć się ono w księgozbiorze każdego chrześcijanina, gdyż w nim jest "coś dla każdego", począwszy od parafianina, który pojawia się raz w miesiąc w kościele, by przyjąć dary Stołu Pańskiego, aż po księży i biskupów, którzy ich udzielają. Prostota przekazu, z treścią myśli prekursora "świeckiego chrześcijaństwa", wprowadza czytelnika we owe "życie wspólne". Występuje tu subtelne wymieszanie "bultmanowskiego - egzystencjalizmu", z "bathiańskim Chrystusem", będącym pomostem nad próżnią diastazy. To On wyzwana nas, by wspólnie wypowiedzieć "Kyrie eleison". W tym miejscu należy zatrzymać się przy Wstępie do dzieła D. Bonhoeffera, dokonanym przez dr hab. Andrzeja Napiórkowskiego, bez którego "Wstępu książka ta byłaby jak ogród bez ścieżek i alejek."

 

     Autor niniejszego Wstępu pomimo swych dobrych intencji nie ustrzegł się kilku podstawowych błędów, o których należy wspomnieć: na s. 15 najznakomitszy teolog protestancki XX z kościoła ewangelicko reformowanego (kalwińskiego) - Karol Barth - jest "reformowanym luteraninem", na s. 22 czytamy, że formą "pokrewną bierzmowania jest konfirmacja ale nie w sensie sakramentu." Na tej samej s. 22 dowiadujemy się, że dla Lutra, Kościół jest wszędzie tam. "Gdzie wiernie jest zwiastowana Ewangelia i udzielane są Sakramenty" - z czym można toczyć długą polemikę. Miłym ekumenicznym akcentem, bądź zwykłą pomyłką można nazwać mówienie o luterańskim duchownym "nasz niemiecki chrześcijanin "(s. 9). Wcześniej na tej samej stronie (s. 9) autor przeskakuje w błachy sposób z teologii liberalnej do 1933 roku i twórczości D. Bonheoffera, omijając bardzo ważny w dziejach autora "Życia wspólnego", okres teologii dialektycznej, a w szczególności osoby Karola Bartha, który wywarł niebagatelny wpływ na młodego teologa z Wrocławia. Wspólne działanie w Kościele Wyznającym i korespondencja pomiędzy nimi nie mogą przejść bez "echa" nawet gdy pisze się najkrótszą biografię, któregoś z nich.

 

      Pomimo swych ekumenicznych intencji, autor wstępu za Magisterium Kościoła rzymsko - katolickiego podaje, że luterańskiego "wyznania nie można nazwać Kościołem, ponieważ nie zachowało prawomocnego episkopatu i całkowitej rzeczywistości eucharystycznego misterium. Jednak ochrzczeni w tej wspólnocie są przez chrzest wszczepieni w Chrystusa i dlatego są w pewnej wspólnocie, choć nie doskonałej, z Kościołem Chrystusowym."

     Co jest prawdą i co można było zauważyć w niedawnej Deklaracji Dominus Iesus z roku 2000. Tym cytatem dr hab. A. Napiórkowski burzy całą atmosferę ekumenizmu, którą tak skrupulatnie budował od pierwszych stron swego "Wstępu" Dlatego zasadnym wydaje się stwierdzenie, że chodząc po owym "ogrodzie - wstępu", można zbłądzić w niektórych "alejkach i ścieżkach", lub wejść w "ślepą uliczkę". Sugerując wydawcy, współpracę z intelektualistami protestanckimi.

 

     Na koniec, należy jednak najgoręcej podziękować wydawnictwu "ALLELUJA", za podjęcie się przekładu na język polski, tak długo oczekiwanego dzieła "Gemeinsames Leben". Z niecierpliwością czekając na więcej.

 

Ks. Tomasz Wola

 

Recenzja ukazała się w Kwartalniku społeczno-kulturalnym "Myśl Protestancka" w roku 2002

 

EWANGELIK TO POLAK - EWANGELIK TO PILANIN

 Ostatnie lata przyniosły Miastu Piła wiele zmian. Do nich należy także powstanie Parafii Ewangelicko - Augsburskiej przy ul. Kilińskiego 7, która ze względu na sprawę toczącą się wokół budynku byłej plebani luterańskiego kościoła św. Jana, a teraz Społecznego Technikum Budowlanego stała się obiektem zainteresowania mediów. Zaczyna się mówić o "Powrocie Ewangelików". Ale przecież oni nigdzie nie odeszli!

 

     Kim byli i są

     Oni byli, są i będą zawsze związani ze stolicą północnej wielkopolski. Można powiedzieć, iż stanowią nierozerwalną części społeczno - kulturową Piły, a początki pilskiego luteranizmu sięgają dwudziestolecia 1566-1586, gdy tutejszy starosta i wojewoda poznański Łukasz Górka, jeden z czołowych protektorów Reformacji w tym regionie, przekazał współwyznawcom miejscowy kościół parafialny, a pierwsi pilscy ewangelicy byli Polakami. Niestety Kontrreformacja, a później zabór - pruski wykrzywiły obraz Ewangelika - Polaka. Jednak ci byli i w dalszym ciągu są wśród nas. Ten rok znakomicie ich zaprezentował. Adam Małysz czy Jerzy Pilch zdobywca tegorocznej nagrody Nike to Ewangelicy - Polacy "dziś", gen. Władysław Anders, Stefan Żeromski czy Mikołaj Rej to Ewangelicy z "wczoraj".

 

     Zginęli za Polskę

     Sama Piła i jej okoliczne tereny niestety nie wydały na świat tak znanych Ewangelików Polaków, o których wspominałyby dostępne nam źródła Ale wielu z nich, którzy tutaj żyli walczyło z faszyzmem i ginęło w obronie polskości. Jak choćby ks. senior Gustaw Manitius z poznańskiej parafii, zamordowany w VII Forcie w Poznaniu przez hitlerowców, czy naczelny biskup Kościoła Ewangelicko - Augsburskiego w Polsce ks. Juliusz Bursche zamęczony na śmierć w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen - Oranienburg. Dlatego najwyższa pora by w końcu wyjść ze stereotypu: Polak - Katolik, Niemiec - Ewangelik, Rosjanin - Prawosławny. Gdyż to nie łączy nas w jedność lecz powoduje niepotrzebne podziały. Wojewódzki Konserwator Zabytków, pan Roman Chwaliszewskiego, podkreśla, iż "Piła od zarania swych dziejów była miejscem pracy i życia ludzi różnych wyznań. Wśród nich byli także ewangelicy - zarówno Polacy jak i Niemcy. Współpraca ta przetrwała wieki. Dotyczyła ona zarówno ludzi zwyczajnych jak i duchowieństwo. Jednym z takich przykładów były bliskie kontakty proboszcza Miejskiej Gminy Ewangelickiej (Kościół mieścił się w miejscu dawnego Placu Zwycięstwa) z duchowieństwem katolickim, także polskim. Postawa ta była negatywnie oceniona przez władze hitlerowskie, które uwięziły tego przepojonego duchem ekumenizmu duchownego. Obecnie dziedzictwo kulturowe naszego miasta i regionu przepojone jest wieloma elementami duchowości oraz dorobku materialnego ewangelików. Należy zaliczyć do nich głównie budynki kościelne i cmentarze. Dla jednych są one świadectwem historii i ludzkiego trwania , dla innych zaś pomostem kontynuacji."

 

     Tworzyli naszą kulturę

     Dziś po wielu latach ewangelicy pilscy mogą spokojnie spotykać się w swej małej Świątyni przy ul. Kilińskigo 7, zjeżdżając się z najróżniejszych miejscowości byłego województwa pilskiego. Gdyż w końcu mają swojego księdza na miejscu i swoją plebanię. Znów zrodziła się możliwości by mogli wśród nas egzystować pilscy - luteranie, którzy przecież tak dużo wnieśli w życie i krajobraz okolicznych terenów. To przecież kościół rzyk. - kat. przy ul Browarnej, to ogromny budynek Urzędu Miasta przy placu Staszica, to szkoły, cmentarze i plebanie, które teraz wielokrotnie służą do innych celów. A to oznacza jedno, że ludzie tego wyznania współtworzyli kulturę i tradycje miasta Piła, które było znane z tolerancji i współegzystencji wielu wyznań. A jak jest teraz?

 

    Tolerancja

     Pojęcie tolerancja znalazło swoje miejsce w słowniku naszego społeczeństwa, lecz nie do końca jest ono tak samo rozumiane. Wiele osób czy instytucji jest tolerancyjnych, do momentu kiedy "Ten Inny" się nie odzywa i kiedy "Ten Inny" nie prosi o swoje. Jednak dopiero przy takich próbach, to słowo nabiera swego właściwego wymiaru i znaczenia. Tak się stało i Pile.

     Władze Miasta jako jedne z pierwszych w województwie wielkopolskim bezkonfliktowo uregulowały sprawę zwrotu byłych nieruchomości Kościoła Luterańskiego w Polsce. Kompromis ten nie godził ani w interesy Miasta i ani Kościoła. Miasto zyskało 18 ha gruntów, na swoją własność, o które nikt się już nie upomni, a Kościół Ewangelicko - Augsburski w Polsce zyskał nową Parafie w Pile z filiałem w Chodzieży, w której nie dawno miała miejsce pierwsza - historyczna konfirmacja po II wojnie światowej.

      Tym sposobem Władze Piły podtrzymały chlubą tradycję naszego Miasta, jako miejsca tolerancji i poszanowania praw "Tego Innego".

 

 

Ks. Tomasz Wola

Artykuł ukazał się w "Tygodniku Nowym" 20.11.2001r.

 

MICHAŁ HANOV - ZAPOMNIANY SYN PASTORA

Dnia 18 grudnia 1695 roku w Samborsku, 30 kilometrów od Piły urodził się Michał Krzysztof Hanov, który w swym życiu okazał się niebagatelną postacią, która swą działalnością naukową dokonała ogromnego wkładu w rozwój nauk biologicznych, filozofii, metrologii czy statystyki. Jego ojcem był również Michał Hanov, luterański pastor z Samborska oraz Maria Anna Hoppe, córka burmistrza chojnickiego, a wnuczka Krzysztofa Hoppe znakomitego profesora w Ewangelickiego Gimnazjum Toruńskiego.

Samo Samborsko było dziwnym miejscem, stanowiącym od 1653 roku enklawę Pomorza, z trzech stron otoczoną ziemiami wielkopolskimi, w której znajdowała się tylko jedna świątynia  - ewangelicka, a mieszkający tam katolicy musieli udawać się na mszę św., do najbliższego kościoła aż do Jastrowia. Natomiast duchowny ewangelicki, oprócz Samborska obsługiwał także wsie w Brzeźnicy, Budach i Smolarach. Stąd w naszej świadomości powinna pozostawać wiedza, iż Michał K. Hanov nie był Polakiem, lecz przyjacielem Polski, o którym król Stanisław August miał powiedzieć: „znany nam już szczery przyjaciel Polski Michał Hanow” , gdy ten przedstawił Mu, propozycję „Zakładu Ubezpieczeń na Życie”, które miały poprawić kłopoty finansowe króla i Rzeczypospolitej.

Początkowym wykształceniem młodego Michała Hanova zajmowali się sami rodzice. Dopiero w wieku 14 lat wyjechał on do Gorzowa Wielkopolskiego by poszerzać swą wiedzę.  W latach 1714–1716 kształcił się w Gimnazjum Akademickim w Gdańsku, a od 1716 roku studiował na Uniwersytecie w Królewcu, Wittenberdze i Lipsku, gdzie w 1720 otrzymał magisterium, tam też poświęcił się studiowaniu prawa i teologii. Od roku 1724 był opiekunem synów prof. Wilhelma Weickmanna, dzięki któremu w 1727 został profesorem filozofii w Gimnazjum Akademickim w Gdańsku tzw. „Athenaeum Gedanense”, gdzie w poprzednich latach uczyli się, bądź nauczali tacy wielcy ewangeliccy myślicie jak: Heweliusz, Farenheit czy Gerelt.   Gdańskie Gimnazjum Akademickie przeznaczone było dla młodzieży protestanckiej, gdzie uczono filozofii, prawa, nauk przyrodniczych i medycyny, a absolwenci Gimnazjum byli przyjmowani wielokrotnie bezpośrednio na III rok studiów do wielu europejskich Uniwersytetów.

W roku 1742 późniejszy burmistrz gdańska Daniel Gralath wraz z gronem wybitnych gdańszczan postanowił założyć towarzystwo naukowe zajmujące się badaniem nauk przyrodniczych. „SOCIATAS PHYSICAE EXPERIMENTALIS”  bo taką nazwę przybrało towarzystwo, które już w styczniu 1743 rozpoczęło prace badawcze, a wśród najbliższych współpracowników gdańskiego burmistrza znalazł się nie kto inny Michał Krzysztof Hanow.

W kościele ewangelickim nie było i nie ma czegoś takiego jak indeks Ksiąg Zakazanych  co nie zmienia faktu,  że jego twórczość naukowa powstawała w skomplikowanych i trudnych czasach. Z jednej strony, należy wspomnieć, że do roku 1733 w leżącym około 6 km od Samborska Jastrowiu prowadzono procesy z oskarżenia o czary, a z drugiej strony musimy pamiętać, o niedawnym okresie pietyzmu,  gdzie nie cały kościół ewangelicki popierał badania naukowe i ruch oświeceniowy, którego przedstawicielem był Michał Hanow, będący w pod wpływem  jego przyjaciela profesora i filozofa –Christiana Wolffa,  który był wielkim zwolennikiem racjonalizmu. W oświeceniu Biblia stała się też „słowem ludzkim” – spisanym przez człowieka, na którą patrzymy z perspektywy czasu, historii i tradycji. Na uniwersytetach Lipsku, Witenberdze czy Królewcu na których studiował Hanow – miał możliwość spojrzenia na weryfikację  - Pisma Świętego przez naukę „tzw. krytykę historyczną”.

Michał Krzysztof Hanow Zapoczątkował układanie alfabetycznego katalogu bibliotecznego i jako pierwszy rozpoczął publikowanie retrospektywnej bibliografii druków gdańskich. Współpracował z mecenasem naukowym, księciem Józefem Aleksandrem Jabłonowskim, „Za każdorazowym pobytem w Gdańsku spędzał Jabłonkowski wiele godzin w domu Hanowa na uczonych dyskusjach i na omawianiu własnych planów naukowych. Poznawszy bliżej dzieło całego życia profesora gdańskiego p. tyt. Philosophia naturalia” w którym Hanow uzupełniał naukę Wolffa, postanowił mecenas polski wydać je własnym kosztem.”

Oprócz czterotomowego dzieła M.K. Hanowa pt.: Philosophiae naturalis sive physica dogmatica  obejmującego naukę z zakresu biologii, astronomii, fizyki, botaniki, zoologii i antropologii pozostawiał on w swoim spadkobierstwie naukowym przeszło 120 rozpraw z matematyk, geometrii, meteorologii, a nawet historii literatury. Pisywał również Hanow w „zeszytach” gdańskiego towarzystwa przyrodniczego SOCIATAS PHYSICAE EXPERIMENTALIS.

W latach 1736-1737 wydawał Hanow czasopismo przyrodnicze „Osobliwości Natury)”, które miało charakter uczony, któremu przyświecała oświeceniowa myśl walki z przesądami. Publikował w  m.in. bieżące informacje meteorologiczne, wiadomości o występujących w mieście chorobach, rozprawki demografii, czy prace o tematyce niezwykle interesujących Hanowa nauk przyrodniczych, w czym był prekursorem.

W duchu ewangelickiej etyki odpowiedzialności i uczciwości, skupił się   między innymi na określeniu długości miary zwanej łokciem gdańskim. Miara długości, jaką jest metr była wtedy stosunkowo młoda. Została ona zdefiniowana w 1791 roku w celu ujednolicenia jednostek długości. Wcześniej obowiązywało wiele lokalnych miar długości, objętości, czy wagi. Opracowanie urzędowych wzorców, czego dokonał Michał Krzysztof Hanov,  miało zatem strategiczne znaczenie dla handlu na danym obszarze. Dzięki temu nieuczciwym kupcom groziło zniszczenie fałszywej miary oraz kara w postaci grzywny.

Michał Krzysztof Hanov dożył 78 lat, umierając w Gdańsku 22 września 1773 roku. Gdzie spędził prawie całe swoje życie, tam powstawały jego główne dzieła, tam prowadził obserwacje metrologiczne, astronomiczne i przyrodnicze.

 

PARAFIA  EWANGELICKO-AUGSBURSKA W PILE