„Tradycja u Luteran”
– czyli Święta bożegonarodzenia w Kościele Ewangelicko- Augsburskim
Jak często mówimy, że Kościół Luterański jest Kościołem
Słowa Bożego, zapierając się, iż Tradycja jest nam czymś obcym, i że
tak naprawdę to gości ona u naszych braci z Kościoła rzymsko
katolickiego. Są w tym z pewnością racje nie podważalne, iż u nas
tradycja stała się sprawą drugo lub trzeciorzędną w refleksji
wyznaniowej. Dyskusje wokół strojów liturgicznych.
W roku 1839 ewangelicki nauczyciel Johann Hinrich Wichern, w
domu opieki dla sierot i biednych dzieci w jednej z dzielnic
Hamburga zapalił w I Niedzielę czasu Adwentu pierwszą z dwudziestu
trzech świec (19 małych czerwonych – oznaczały dni powszednie, a 4
białe, duże - niedziele). W ten sposób w domu „Rauhe Haus”wśród
małych podopiecznych zrodziła się ewangelicka tradycja wieńca
adwentowego, która przetrwała aż do dnia dzisiejszego we wszystkich
parafiach luterańskich na całym świecie, a także zaaklimatyzowała
się w innych Kościołach chrześcijańskich. Dziś są to zazwyczaj tylko
cztery świece zapalane w każdą, kolejną niedzielę Adwentu, a sam
wieniec adwentowy stał się symbolem hołdu wobec króla, który w
postaci dzieciątka Jezus stąpił na ziemię. Ludzie spotykają się
wokół ciepła adwentowego wieńca śpiewając przy nim pieśni
wyczekiwania i czytają Słowo Boże wieniec. Pierwszy wieniec
adwentowy zawisł Kościele w roku 1930 w diasporalnej Parafii w
Monachium.
Sam Adwent dla ewangelików jest czasem wyciszenia, refleksji
nie tylko nad tym co się stało wiele lat temu w noc betlejemską, ale
także nad tym co będzie w zapowiedzianym i ponownym przyjściu
Chrystusa na świat. W tym okresie wielu domach ewangelickich robi
się ozdoby na ściany mieszkania i przed domami, by radośnie
przeżywać zbliżające się święta. W większości parafii odbywają się
spotkania, tzw. „adwentówki”, w różnych gronach chórzystów, dzieci
czy młodzieży. Oczywiście „adwentówka”, to także pierwsze życzenia,
opłatek i prezenty. Tu należy podkreślić, iż wśród luteran w Pile
pamięć o innych, nie koniecznie tego samego wyznania, pozostaje
ważnym elementem jej życia.
Gdy nadchodzi o czas Świąt Bożego Narodzenia, w wielu domach
ewangelickich coraz częściej słychać śpiew kolęd, które są
nieodzowną częścią tych świąt. Kolęda w Kościele Luterańskim żyje w
nim od samego początku jego powstania, już pierwsze z nich zostały
napisane przez Ojca Kościoła – ks. dr Marcina Lutra (najbardziej
znana: „Jam z niebios zszedł”) w XIV wieku. Jednak sztandarową
kolędą ewangelicką śpiewaną wielu krajach i kościołach na całym
świecie jest napisana w 1818 roku przez Józefa Grubera „Cicha Noc”!
Oczywiście nie zapomina się o choince bożonarodzeniowej, która
w Polsce przyjęła się w XVIII wieku z ewangelickich Prus Książęcych.
Na początku gościła tylko wśród luterańskich mieszczan pochodzenia
niemieckiego, a dziś gości w każdym domu chrześcijańskim i nie
tylko. Dokładne rysy choinki bożonarodzeniowej można pierwszy raz
zauważyć w sztychu protestanckiego artysty L. Cranacha Starszego z
początku XVI stulecia, które przedstawia drzewko wigilijne ozdobione
gwiazdkami i świeczkami. Na nim znajdował się ozdobny łańcuch
symbolizujący węża kusiciela z rajskiego drzewa życia, a na czubka
gwiazda symbolizująca, tą światłość na podstawie, której trzej
mędrcy szli do Betlejem przywitać nowonarodzonego Króla. W Polsce
podobnie jak wieniec adwentowy tradycja zielonej choinki (koloru
nadziei), został przyjęta z zachodu, gdzie podczas zaborów w
polskich miastach przebywali urzędnicy i żołnierze pruscy, którzy
już od XVII gościli w swych domach tradycje obsypanej w słodycze i
owoce choinki bożonarodzeniowej.
Symbol gwiazd bożonarodzeniowej, zawiązany jest także z kręgiem
pietyzmu herrnuhut`ckiego, która w swym wyglądzie przypomina
lampion, wiszący wielokrotnie w oknach, na balkonach, a także od
niedawna przy wejściach do niektórych Kościołów Luterańskich w
Polsce. W tym miejscu należy pamiętać o prezencie, który co roku
jest nam ofiarowany przez Jednotę Braci z Hernhut. Jest to dodatek
do naszego Kalendarza Ewangelickiego – „Z Biblią na co dzień”
Boże Narodzenie należy obok Wielkiego Piątku i Niedzieli
Zmartwychwstania Pańskiego do triady największych Świąt obchodzonych
w Kościele Luterańskim.
Sam Kościół Ewangelicko-Augsburski posługuje się zachodnim
kalendarzem liturgicznym, w którym pamiątka przyjścia Jezusa
Chrystusa na Świat obchodzona jest 25 grudnia. Dzień wcześniej
obchodzi się Wigilię Narodzenia Pańskiego, która stanowi początek
uroczystych nabożeństw. 24 grudnia do zachodu słońca jest jeszcze
liturgicznie dniem Adwentu, ale po zachodzie słońca jest Wigilią
Narodzenia Pańskiego, czyli przygotowaniem do obchodzenia pamiątki
pierwszego przyjścia na świat Syna Bożego. Pierwotnie dzień ten w
Kościele obchodzony był 6 stycznia i dopiero później Kościół przyjął
noc z 24/ 25 grudnia za dzień Narodzenia Pańskiego, albowiem ta noc
jest najdłuższa ze wszystkich i już od 25 grudnia sukcesywnie dzień
staje się dłuższy. Z tym symbolicznym rozumieniem dni pamiątki
bożonarodzeniowej łączą się słowa biblijne z 1 Kor 13,12 „Noc
przeminęła, a dzień się przybliżył”, czy z Iz 9,1: „Lud, który
chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie.”
W Kościołach Luterańskich rozpoczyna się Święta Narodzenia
Pańskiego w trzech nabożeństwach, które mają nieomalże taką samą
liturgię: nabożeństwem wigilijnym pomiędzy godziną 16.00 a 18.00,
tam gdzie zbory są w diasporze i gdzie wierni mają daleko do
kościoła, nabożeństwem zwanym „Pasterką” pomiędzy godziną 21.00 a
24.00 i nabożeństwem świątecznym nad ranem 25 grudnia zwanym
„Jutrznią” o godzinie 5.00.
Jednak w pilskiej Parafii nabożeństwo wigilijne odbywa się
tylko o godz. 17.30. Wiąże się głównie z praktycznym rozwiązaniem
problemu przyjazdu wiernych z okolic całego (byłego) województwa
pilskiego, który stanowi teren służby miejscowego księdza, a
„Pasterka” i „Jutrznia” wżyły się przede wszystkim tradycje
ewangelicyzmu na Śląsku Cieszyńskim, na którym to w dalszym ciągu
zamieszkuje największa ilość osób denominacji luterańskiej.
W wieczór wigilijny ewangelicy gromadzą się przy stole
świątecznym, rozpoczynając kolację wigilijną od nabożeństwa
domowego, a więc od pieśni, modlitwy i czytania Ewangelii, zazwyczaj
słowa z ewangelii ap. Łukasza 2,1-14 (lub 1 - 20). Łamany jest
opłatek wigilijny, wymieniane są życzenia i prezenty, które są
dalszą częścią wspólnego przeżywania czasu wigilijnego i w
symboliczny sposób świadczą o największym darze, jaki dał nam Ojciec
w Synu Swoim Jezusie Chrystusie.
Dzień 26 grudnia łączy w sobie dwa ważne upamiętnienia, gdyż
właśnie wtedy w Kościele Luterańskim wspomina się pierwszego
męczennika za sprawę Jezusa Chrystusa Diakona Szczepana oraz dzień
ten jest jednocześnie drugim Świętem Narodzenia Pańskiego, a więc
przedłużeniem obchodów pamiątki wydarzenia betlejemskiego.
Ks. Tomasz Wola
Jak blisko Boga?
Hans Christian Andersen – minęło 200 lat urodzin.
Rok 2005 w wielu krajach Europy był obchodzony pod
patronatem Hansa Christiana Andersena, który urodził się 200 lat
temu, 2 kwietnia 1805r, na duńskiej wyspie Fonii, w Odense, w drugim
co do wielkości mieście Danii. Andersena, jako pisarza baśni, które
uczyniły go sławnym w jego współczesnym świecie, lecz nie tylko,
gdyż obok nich znalazły się powieści, czy wiersze do których muzykę
skomponował choćby Schumann. Nie można także zapomnieć tego, co
ukazuje nam obraz Andersena, który z „brzydkiego kaczątka”, stał się
pięknym łabędziem XIX wieku, czyli jego autobiografii pt. „Baśń
mojego życia”. Owa baśń Andersena, łączy się także z Bogiem i
Kościołem. Co odbija się delikatnie w jego twórczości baśniowej, jak
i w listach i biografii.
Jak wspomnieliśmy Andersen urodził się 2.04.1805 r., w
protestanckiej Danii, i został ochrzczony w domu jeszcze tego samego
dnia, gdy pojawił się na świecie. Uczyniono to z przezorności, ze
względu na dużą umieralności dzieci w pierwszych tygodniach życia.
Sami rodzice H.Ch. Andersena, pobrali się zaledwie dwa miesiące
wcześniej w kościele św. Knuda.
Matka Andersena, Anne Marie, była pobożną jednak zabobonną
praczką, w jej pobożności istniały trolle i duchy, a w kryzysowych
sytuacjach wysyłała młodego Hansa Christiana po wróżbitów by
wysłuchiwać ich rad. Małe dziecko wyrastało w strachu przed
ciemnością i przykościelnymi cmentarzami. Zupełnie inaczej sytuacja
miała się z ojcem, „wolnym duchem”, który spędza wielu czasu na
studiowaniu historii i Słowa Bożego. Był z jednej strony fantastą, a
z drugiej wolnomyślicielem, za co uwielbiał swego ojca mały Hans
Christian. Czytając Biblię, czynił ją podstawą refleksji i
głębokiego zastanowienia co przerażało zabobonną matką. Jak
wspominał później Hans Christian Andersen, ojciec: „Rozważał w ciszy
to co przeczytał, ale kiedy dzielił się swoimi myślami z matką, ona
go nie rozumiała, i dlatego coraz bardziej się w sobie zamykał.
Pewnego dnia odłożył Biblię ze słowami: - Chrystus był człowiekiem,
jak my, ale człowiekiem nie zwykłym! – Matkę przeraziły te słowa i
wybuchła płaczem; przestraszony, modliłem się do Boga, żeby wybaczył
ojcu tę herezję.” Ojciec Andersena, który pobudzał jego myślenie i
otwierał mu oczy na świat i wiedzę, zmarł 1816r. Od tego okresu Hans
Christian musiał zajmować się sobą, gdyż matka zbiedniała.
W wieku czternastu lat, jak prawie każde miejscowe dziecko w
okolicy, Andersen poszedł do konfirmacji, co było dla niego ogromnym
przeżyciem. Ubrany w garnitur przerobiony z palta po ojcu, i nowych
butach szedł dumnie do ołtarza, To przeżycie marszu odbiło się w
jego baśni „Czerwone buciki”, kiedy pisał: „Buty skrzypiały i
cieszyłem się z tego w duchu, bo w ten sposób cała gmina mogła się
przekonać, że są nowe.”
Ze względu na piękny sopran, który posiadał młody Hans
Christian, dorabiał on pieniądze by wyjechać do Kopenhagi, i
rozpocząć nowy etap swego życia. W tych pragnieniach pomogli mu:
wdowa po pastorze Bunkeflod, w której domu Andersen zapoznał się
literaturą, w szczególności Szekspirem, oraz biskup Plum.
W roku 1826, Hans Christian pisze wiersz „Umierające dziecko”,
który stanowi punkt zwrotny w jego twórczości, gdyż jako jeden z
pierwszych odniósł się do tematu umierania dzieci, ale także
„przemówił głosem dziecka” , poczym powoli zaczął odkrywać możliwość
pisania zarówno do dzieci, jak i dorosłych, poprzez odwrócenie
spojrzenia docierał do „dziecka, które mieszka w dorosłym”. W
„Nowych szatach cesarza”, dziecko staje się ideałem człowieka
mądrego, a przede wszystkim czystego w swym myśleniu. W baśni tej
wystąpiła krytyka hipokryzji i snobizmu, oraz została wyśmiana
ludzka próżność, tak często goszcząca na dworze ówczesnych władców,
ale także dziś.
W 1837 roku Andersen, skończył pisać „Małą syrenkę”, jedną z
najbardziej znanych baśni, w której z folklorem pogańskim mieszają
się chrześcijańskie idee jak: pokuta i milczenie i poświęcenie, a
symbolika tej baśni, oddziałuje na ludzi każdej epoki.
Niedoskonałość tytułowej bohaterki, staje się znakiem dla nas.
Odrzucenie z powodu tej niedoskonałości, czy w końcu
nieodwzajemniona miłość, są podstawami psychologicznych i duchowych
prawd. Milczenie i dobroć kobiety, uchwycił też Andersen w „Dzikich
łabędziach”, w której to baśni przebija się motyw wybaczenia i
objawienia.
Hans Christian Andersen, cały czas podróżował, w roku 1844
odwiedził Goethego w Weimarze, i zagościł przez długi okres na
dworze władcy Weimaru, Karola Aleksandra, który fascynował się jego
twórczością, pisząc w potem: „Przedziwne pragnienie kazało mi
zobaczyć miasto, gdzie żyli Goethe, Schiller, Wiegand i Herder, z
którego tak wielkie światło promieniowało na cały świat. Przybyłem
do kraju uświęconego przez Lutra, przez Święto Pieśni, na zamku
Wartburg i pamięć o wielu wielkich i szlachetnych wydarzeniach.
Na duchowość Andersena nie oddziaływał wyłącznie Weimar, ale
ludzie z którymi przebywał, znał i czytywał, do nich należała z
pewność znakomita skandynawska solistka Jenny Lind, do której
Andersen pisał „Człowiek się śmieje, płacze, czuje się dobrze, jak
po powrocie z kościoła, staje się lepszym człowiekiem! Czuje, że w
sztuce obecny jest Bóg, a tam gdzie Bóg staje z nami w twarzą w
twarz, tam jest święty kościół”, sama zaś Lind, twierdziła, że „nie
potrzebuje mistrzów: „Bóg do tego stopnia zapisywał we mnie to,
czego się powinnam nauczyć, moje ideał były (i są) tak wysokie, że
żadna istota ludzka nie mogłaby sprostać moim wymaganiom. Toteż nie
śpiewam zgodnie z jakąś methode, lecz podług ptaków (o ile byłam do
tego zdolna), jedynie bowiem ich Nauczyciel odpowiadał mojej
potrzebie prawdy, czystości i ekspresji.”
W korespondencyjnej relacji znalazł się z Andersen, z inny
”wielkim” duńczyk – S?ren Kierkegaard, który jeszcze jako student
napisał powieść pt. „Z papierów człowieka jeszcze żyjącego – wydał
wbrew jego woli S. Kierkegaard” z podtytułem „O Andersenie jako
powieściopisarzu , ze stałym uwzględnieniem ostatniej jego książki
„Tylko grajek”, w której to skrytykował wymienione w podtytule
dzieło Hansa Christiana, pisząc o nim, iż „rzecz jest akademicka,
nudna i koturnowa.” Jednak Andersen wybaczył młodemu Kierkegaardowi,
jego mocne słowa, wysyłając mu w 1848 roku dowcipnie tom najnowszych
baśni z dedykacją: „Drogi Panie Kierkegaard [sic!], Albo spodobają
się Panu moje nowe baśnie, Albo się nie spodobają, zrodziły się bez
bojaźni i drżenia, a to już coś. Szczerze oddany Autor.” Dedykacja
ta odnosiła się do niedawno wydanych dzieł Kierkegaarda „Albo-albo”
oraz „Bojaźń i drżenie”. Pomimo różnych zakresów swojej twórczość
byli oni sobie bliscy w swej krytyce mieszczaństwa, oraz samotności
i poszukiwaniu prawdy dla wyizolowanego człowieka. Podobna była
także ich religijność niezbyt bliska kościołowi, jednak bliska
samemu Bogu. W obu wypadkach możemy mówić także o kryzysach wiary i
pytaniach wobec Boga. W swojej powieści „Być albo nie być” ,
Andersen pod postacią swego bohatera młodego Niella Bryde,
pochodzącego z pastorskiej rodziny, wyraża własne duchowe rozterki.
Wpierw pod wpływem pism Straussa i Feuerbacha utratę wiary,
następnie pod wpływem miłości do młodej żydówki jej odzyskanie. Być
może nie sprecyzowaną w konkretnych dogmatach, jednak w bliskości z
Bogiem.
Pragnienie bliskości Boga, ukazuje Andersen w wigilijnej
opowieści „Ostatni sen starego dębu”, w której potężny dąb śni, że
oderwał się od ziemi, ku światłości i blaskowi. Sen przeradza się w
realia i podczas wichury w noc wigilijną, zostaje on wyrwany wraz z
korzeniami. W tym miejscu słychać myśl o wyzwoleniu dusz ludzkiej
przez Chrystusa.
Gdy chodzi o samego Chrystusa i religię, w jednej z dyskusji z
przyjaciółmi, Andersen mówił: „że nauka pochodzi od Boga i jest
błogosławieństwem, a kwestia poczęcia i stosunki rodzinne są bardzo
interesujące, ale dla mnie nie istotne.”, w późniejszym czasie
pisząc na zakończenie szczęśliwego dla niego 1867roku, takie słowa:
„Mój Panie Boże, mój jedyny Boże, dzięki za ten stary rok,
obojętnie, co może, odważy się, czy nie będzie musiał przynieść
nowy; proszę, Boże, daj mi siłę, by to unieść, nie opuszczaj mnie.”
Hans Christian Andersen zmarł ranem 4 sierpnia 1875 roku.
Pogrzeb odbył się w katedrze Vor Frue Kirke 11 sierpnia.
Przez całe życie Andersen zadawał sobie sprawę, że otrzymał od
Boga ogromny dar którym była fantazja, i potrafił to w właściwy
sposób wykorzystać, „nie zakopał w ziemi talarów, otrzymanych od
pana” z przypowieści. Wziął i dawał, będąc za to Bogu wdzięcznym. W
autobiografii pisał „Moje życie jest piękną baśnią, jakże bogatą i
szczęśliwą. Gdybym jako chłopiec (…) spotkał potężną wróżkę , która
by mi powiedział: wybierz swoją drogę i swój cel(…), mój los nie
mógłby być szczęśliwszy (…). Historia mojego życia powie światu, to
co mówi do mnie, że istnie dobry Bóg, który wszystko prowadzi do
dobrego.”
Dobry Bóg dał wielkiemu Duńczykowi talent, ten natomiast da
światu inne spojrzenie na: dziecko, zwierzęta i baśń. Uwrażliwiając
człowieka na to co małe, delikatne, bezbronne.
Bezsprzecznym osiągnięciem, było skoncentrowanie się na
dzieciach i ich problemach, jednej z milczących uciskanych grup
Europy i świata. Równości prawa do słowa i wyrażania emocji, była
niezwykłym hasłem jako pogląd XIX epoki. Można w jego twórczości
usłyszeć głos Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przywodzić do mnie,”.
(cytaty pochodzą z: J. Wullschläger „Andersen. Życie baśniopisarza,
przeł. M. Ochab, Warszawa 2005 )
Ks. Tomasz Wola
„Wielka ofiara z małego Kościoła” (1939 -1945)
Wspomnienie po 60 latach.
Wspominając tych, którzy zginęli podczas działań
wojennych II wojny światowej, 60 lat po jej zakończeniu,
wielokrotnie wspomina się żołnierzy, partyzantów tych którzy
strzegli granic naszej Ojczyzny na lądzie, morzu czy w powietrzu.
Walczyli o polskości z karabinem w ręku. Ale ta walka kryła się o
wiele głębiej, jej korzenie sięgały nawet tam gdzie, jak wydawać by
się mogło, nie powinna zajść. To Kościół. Niestety także i nasz
ewangelicki w Polsce.
Ponad sto dwadzieścia lat germanizacji odcisnęło swoje piętno
na Kościele Ewangelickim, w szczególności tym, który istniał na
odzyskanych ziemiach byłego zaboru pruskiego. Od samego początku
miały miejsce konflikty pomiędzy przedstawicielami Kościoła
Ewangelicko-Unijnego, będącego ostoją niemieckości w niepodległej
Polsce, a odradzającym się Kościołem Ewangelicko-Augsburskim,
którego generalnym superintendentem w Polsce od marca 1920 roku był
ks. Juliusz Bursche.
Głównym problemem dla Polski zarówno jako państwa, jak i
Kościoła luterańskiego stała się sprawa powrotu do macierzy Mazur,
Górnego i Średniego Śląska oraz części Wielkopolski, gdzie ogromny
odsetek stanowili, niejednokrotnie agitowani przez władze
niemieckie, ewangelicy. Tej propagandzie od samego początku musiał
przeciwstawiać się Kościół luterański w Polsce. Generalny
superintendent Juliusz Bursche, wraz z premierem Polski oraz innymi
przedstawicielami władz, przedłożyli na Kongresie Pokojowym w Paryżu
Memoriał w przedmiocie protestantów polskich w Prusiech Wschodnich o
konieczności powrotu w/w ziem do Polski. Ten fakt oraz otwieranie
nowych parafii na terenach zajmowanych do tej pory w ogromnej mierze
przez Kościół Ewangelicko-Unijny (Niemiecki) w poznańskiem i na
Pomorzu, tj. w Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Tczewie czy Gdyni,
zadecydowały o tym, że Burschego zaczęto traktować jako wroga
Kościoła Ewangelicko-Unijnego i osobę, która podburza rząd polski
przeciw nim . Księża unijni nie udostępniali kościołów dla
odprawiania nabożeństw polskich ani też nie zapewniali posługi
duszpasterskiej ewangelikom narodowości polskiej. Przybyli tam
korzystali tylko z Kościołów Staroluterskich lub też z wypożyczonych
przez władze sal i auli szkolnych . Konflikt jeszcze bardziej się
zaognił, kiedy w 1936 roku dekretem prezydenta uregulowano prawnie
działalność Kościoła Ewangelickiego, w którym przyznano władzy
państwowej możliwość daleko idących ingerencji w pracę Kościoła
(najsilniej w sprawy personalne). Przedstawiciele niemieckich
ewangelików potraktowali ten dekret jako atak skierowany przeciw nim
. Dnia 8 lipca 1937 roku Prezydent Mościcki zatwierdził wybór
Juliusza Bursche na biskupa Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w
Polsce, a następnie 26 października 1937roku, w obecności ministra
Świętosłowskiego oraz dyrektora do spraw wyznań, przyjął od biskupa
Burschego przysięgę wierności .
Ci, którzy wraz z biskupem Juliuszem Bursche , a także ich
następcy, stanęli za Polską i polskością, w niedługim czasie zostali
rozliczeni ze swego patriotyzmu. Spośród 125 duchownych, którzy –
według danych biskupa Burschego – przyznawali się do polskości,
aresztowano łącznie 62 i jednego diakona , czyli ponad połowę
duchowieństwa luterańskiego. 39 z nich uwięziono w obozach
koncentracyjnych Sachsenhausen, Dachau, Gross-Rosen i Stutthof, 3
zamordowano, a jeden zginął bez wieści .
Innymi przyczynami szybkiej interwencji władz hitlerowskich po
napadzie na Polskę w 1939 roku było zaangażowanie bp. J. Burschego w
Mazurskim Komitecie Plebiscytowym, patronowanie w Zrzeszeniu
Ewangelików Polaków na Mazurach, członkostwo w Związku Obrony Kresów
Zachodnich, Związku Polskich Towarzystw i Zborów Ewangelickich czy
fakt, że był on mężem zaufania rządu polskiego . W sprawozdaniu
podporucznika Stillera, kierownika referatu p.n. „Protestantyzm”,
Głównego Urzędu SS z dnia 12 października 1939 r., aresztowanie bp.
J. Burschego oraz innych duchownych ewangelickich uzasadniono:
„zdradziecką postawą tych księży renegatów”.Stiller podkreślał też,
że należy zwrócić uwagę na różnice„między jakimś renegatem, który
podejmował decyzję zdrady narodowej jako osoba prywatna, a
duchownym, który był duchowym i wpływowym przywódcą setek i tysięcy
ludzi pierwotnie niemieckich, który tą zdradziecką wobec narodu
decyzję podejmował w imieniu większej wspólnoty”.
Biskup J. Bursche, na początku września 1939 roku, miał jeszcze
szansę ucieczki – otrzymał on polecenie opuszczenia Warszawy przez
przedstawicieli rządu. Najpierw drogą telefoniczną (w nocy z 6 na 7
września) został poinformowany o zbliżaniu się armii niemieckiej.
Upierał się jednak, by pozostać na miejscu swojej posługi
duszpasterskiej, za co dwukrotnie upomniano go przez Ministerstwo
Spraw Zagranicznych, a po raz trzeci przez Ministerstwo Wyznań
Religijnych. Następnie został wprost zmuszony do ewakuacji .
Opuściwszy stolicę zatrzymał się jednak w Lublinie, gdzie w
miejscowej parafii nie było już duszpasterza, gdyż niedługo przed
wojną zmarł Ks. senior Schoeneich. . Tam biskup pełnił do końca swą
posługę. Na każde zaś nalegania będącego z nim księdza Edwarda
Szendela, aby uciekać, by chronić życie, zawsze odpowiadał: „Ja z
Polski nie ucieknę, ja chcę razem z Polską cierpieć”
3 października 1939 roku biskup J. Bursche został aresztowany i
przewieziony do Radomia, następnie, wraz z księdzem Szendelem, był
tam przesłuchiwany i katowany. W podobnym czasie co biskupa J.
Burschego aresztowano seniorów (bp. diecezji): L. Maya w Tomaszowie
Mazowiecki i A. Lotha w Warszawie.
W styczniu 1940 roku z Radomia biskup J. Bursche został
wywieziony do centrali Gestapo w Berlinie przy PrinzAlbrechtstrasse
9, natomiast ksiądz E. Szendel trafił do obozu koncentracyjnego w
Oranienburgu, gdzie przebywali również trzej bracia biskupa i jego
wnuk. Syn biskupa, Stefan Bursche, został rozstrzelany w lasach
lućmierskich pod Zgierzem tylko dlatego, że był dzieckiem Biskupa
Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Dwaj bracia biskupa nie
przeżyli męczarni w obozach koncentracyjnych i prac w kamieniołomach
w Gusen, filii Mauthausen. Ks. prof. Edmund Bursche zmarł 26 lipca
1940 roku, a Alfred Bursche w styczniu 1942 roku. Pół roku przed swą
śmiercią prof. Edmund Bursche krótko rozmawiał z Himmlerem, co stało
zadecydowało o tym, że przewieziono profesora z więzienia na Pawiaku
prosto do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen - Oranienburg. Oto
fragment wspomnień ks. prof. dr hab. Woldemar Gaspary pochodzący z
książki Straty Kościoła Ewangelickiego w czasie okupacji: „1 maja
1940 r. więzienie na Pawiaku wizytował zwierzchnik gestapo, sam
Himmler. Przechodząc przed frontem ustawionych w szeregu więźniów,
Himmler zwrócił uwagę na starszego czarno ubranego pana z długą
patriarchalną brodą i zapytał o nazwisko i stanowisko. Usłyszawszy
Bursche — profesor uniwersytetu — zauważył ze złośliwym uśmiechem:
„Auch ein Volksverrater". Porywczy prof. Bursche, siląc się na
spokój, odpowiedział: „Nikogo nie zdradziłem, zawsze byłem Polakiem
i jestem nim teraz, nie jestem więc zdrajcą". Himmler zatrzymał się
na chwilę, popatrzył na swoje otoczenie i poszedł dalej”
Biskupa Bursche przewieziono do obozu w Oranienburgu jako
więźnia nr 166Ż, następnie 14966Ż . Został odizolowany od innych
duchownych, którzy znajdowali się w bloku 16, przebywał w
pojedynczej celi tzw. „Zellenbau” w jednopiętrowym więzieniu
przeznaczonym dla osób podobnych jemu. W osobnych celach znajdowali
się tam m.in.: gen. Stefan „Grot” Rowecki – naczelny dowódca AK,
ministrowie francuscy Mandel czy Debos czy powojenny biskup Kościoła
ewangelickiego w Niemczech Martin Niemöller. „Zellenbau” miał złą
sławę – ciemnice, chłosty, zawieszanie na „słupku” i inne tortury
były stosowne przez załogę SS właśnie w tej części obozu z wielką
częstotliwością . Tam też biskup J. Bursche pozostał nawet wtedy,
gdy 13 grudnia 1940 roku innych duchownych różnych wyznań i
narodowości wywieziono do Dachau. Księży katolickich i ewangelickich
zgromadzono w Dachau w blokach 28 i 30. Według informacji wnuka
Biskupa – Ks. Henryka Wegnera – opuścił obóz później, mianowicie
został odesłany do szpitala policyjnego w Berlinie
Niemcy cały czas bali się wpływu prawie osiemdziesięcioletniego
starca na innych i dlatego odizolowywali go od pozostałych
duchownych ewangelickich. Dopiero w kwietniu dotarła do nich
wiadomość o śmierci Ks. bp J. Burschego, który zmarł 20 lutego 1942
roku. W siedzibie Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa
przy Alei Szucha rodzina biskupa mogła odebrać walizkę z rzeczami,
jakie biskup posiadał z sobą w więzieniu, ale jego zwłok bliskim nie
wydano. Dokładnych okoliczności tej śmierci ani kościół, ani rodzina
zmarłego nigdy nie poznali.
Wśród tych, którzy znaleźli się w Dachau i dowiedzieli się o
śmierci bp. Burschego, był konsenior diecezji lubelskiej – Ks.
Edmund Friszke. W dokumentacji z jego aresztowania zachowała się
notatka funkcjonariusza SD, opisująca podstawy aresztowania w
Radomiu, a następnie wysłania go do obozu koncentracyjnego w
Sachsenhausen i Dachau: „aresztowany zapobiegawczo, a następnie
przeniesiony do obozu koncentracyjnego, ponieważ dowiedziono, że
wydał on na systematyczną polonizację jako przywódca duchowy 45.000
ludzi niegdyś niemieckich”. ” . Od kwietna 1937 roku ks. E. Friszke,
będąc konseniorem diecezji lubelskiej, zwalczał wszelką propagandę
narodowosocjalistyczną wśród kolonistów niemieckich, który to
problem stawał się coraz bardziej naglącym szczególnie w parafii
radomskiej. Za to właśnie już 21 września 1939 roku został
aresztowany. Z Radomia przewieziono go do Berlina, a następnie do
Sachsenhausen i Dachau, należał jednak do tych, którzy przetrwali
okres wojny. Po wojnie został seniorem diecezji mazurskiej, z
siedzibą w Olsztynie, jednak w dalszym ciągu musiał zmagać się z
problemami na tle narodowościowym i wyznaniowym. Ówczesne władze
państwowe podsycały wzajemną nienawiść poszczególnych społeczności .
Za aktywną działalność polonizacyjną w 1986 roku ks. E. Friszke
został pośmiertnie odznaczony Medalem Rodła.
Mówiąc o męczennikach Kościoła Ewangelickiego, którzy do końca
byli wierni Ojczyźnie, nie możemy zapomnieć o duchownych z Poznania.
Zgodnie z planem rozwoju Kościoła Luterańskiego na ziemiach
odzyskanych w 1920 roku przystąpiono do zorganizowania od podstaw
polskiej parafii Ewangelicko- Augsburskiej w Poznaniu na bazie
Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego.
Już 4 kwietnia 1920 roku ks. Karol Kotula (późniejszy biskup
kościoła) odprawił po polsku pierwsze nabożeństwo w Kościele
Staroluterskim w Poznaniu. W tym samym roku konsystorz podjął
uchwałę o reaktywowaniu polskiej Parafii Ewangelicko - Augsburskiej
w Poznaniu. Później powstały kolejne polskie parafie ewangelickie w
Wielkopolsce. Ich organizacją zajął ksiądz płk. Józef Mamica, który
był pracownikiem Ministerstwa Wyznań Religijnych. Wcześniej
angażował się też w prace nad przyłączeniem Śląska Cieszyńskiego do
Polski, w tej sprawie jeździł nawet na konferencje pokojowe do
Paryża. Płk J. Mamica otaczał opieką duszpasterską miejscowych
ewangelików w latach 1920 –1924. Po wybuchu II wojny światowej,
aresztowany przez Gestapo, zmarł śmiercią głodową w obozie w
Mathausen.
Pierwszym proboszczem parafii poznańskiej okresu
międzywojennego został Ksiądz Gustaw Manitius ( od 31.10.1924 do
09.1939 ), którego wybrano na urząd Seniora Diecezji Wielkopolskiej
w dniu 22.04.1937 roku. Jego także Niemcy aresztowali w 1939 roku i
więzili w Forcie VII w Poznaniu, gdzie zginął z rąk okupanta w nocy
z 28/29 stycznia 1940 r.” . Ojciec Edward Frankiewicz z zakonu
franciszkanów, który przebywał z. Ks. G. Manitiusem w jednej celi,
wspominał w swym pamiętniku, „że pastorzy ewangeliccy należeli do
najdzielniejszych przeciwników nazizmu”
Wojna nie mogła ominąć ewangelickich duszpasterzy wojskowych,
którzy w dniu agresji byli na swoich posterunkach. Zarówno Gestapo,
jak i NKWD z równą zaciekłością poszukiwało ewangelickich kapelanów.
Wielu z nich zginęło w obronie Ojczyzny. Jak podaje w swej pracy
Krzysztof Jan Rej:
Ks. mjr Banszel – aresztowany przez NKWD zginął prawdopodobnie
w Kozielsku;
Ks. płk J. Mamica – zginął w obozie Mauthausen;
Ks. płk R. Paszko – zginął w Katyniu;
Ks. mjr J. Potocki – zginął w Katyniu (Kościół Ew. – Ref.);
Ks. J. Bieliński – zginął w Powstaniu Warszawskim;
Ks. Z. Loppe (senior Diecezji Wileńskiej - kapelan pomocniczy )
– 3 lata w obozie koncentracyjnym w Dachau, przeżył;
Ks. J. Kahané (kapelan pomocniczy) – zginął jako ofiara
hitlerowskich eksperymentów, zagazowany w Instytucie Eutanazji w
Pirnie k. Drezna (podobnie zginął Ks. Stefan Gumpert z Radzymina –
zamęczono go pseudomedycznymi doświadczeniami w Stutthof, zmarł
14.01.1945 r.);
Ks. J. Jelen – zginął w obozie w Dachau (Kościół Ew. – Ref.);
Ks. L. Zaunar - zginął w obozie w Dachau (Kościół Ew. – Ref.);
Ks. kpt. K. Messersrschmidt – uciekł z transportu, kiedy
przewożono go z więzienia na warszawskim Pawiaku do Majdanka,
ukrywał się do końca wojny.
Po wojnie, do 31 marca 1950 roku, Ks. kpt. Messersrschmidt był
ostatnim ewangelickim duszpasterzem wojskowym. Stało się tak
dlatego, ponieważ władze komunistyczne zlikwidowały Ewangelickie
Duszpasterstwo Wojskowe, uzasadniając tę decyzję brakiem ewangelików
w wojsku oraz brakiem funduszy na utrzymanie takiej służby. Swoje
umiejętności w dziedzinie perswazji na płaszczyźnie wyznaniowej
wykazywali w szczególności oficerowie polityczni, którzy
uniemożliwiali w praktyce rozwój duchowy żołnierzy.
Należy zauważyć, że wśród aresztowanych w Polsce centralnej
podczas najazdu nazistów w 1939 roku byli także duchowni, którzy
przyznawali się do swej niemieckości, ale do końca pozostali
lojalnymi obywatelami Polski. Księża: Brunon Gutknecht z Gąbina
(diec. płocka) oraz Kurt Merkel z Poddębic (diec. łódzka), zostali
zamordowani za wierność krajowi, w którym żyli i ludziom, którym
służyli, zaś księdza Alfreda Bittnera z Dąbia (diec. kaliska)
najpierw aresztowano, pozbawiono urzędu duchownego, by w końcu
wysłać go na front wschodni. Wszyscy oni ginęli za neutralność, za
służbę Chrystusowi, który jest Bogiem pokoju.
Zakończenie
Widać zatem wyraźnie, że jednym z głównych założeń okupantów
stało się prześladowanie i eksterminacja inteligencji polskiej, do
której zaliczono także duchownych protestanckich. Szczególnie
boleśnie odczuł to Kościół Ewangelicko-Augsburski. Działo się tak
dlatego, że już wcześniej był on niejednolity pod względem
wyznawców, był też różnorodny kulturowo i językowo, czego po
odzyskaniu niepodległości w 1918 roku nie udało się ujednolicić.
Jak zauważył dr Ryszard Michalak:„Kościół
Ewangelicko-Augsburski, który liczył przed wojną 450 tys. wiernych z
drugiej wojny światowej (…) wyszedł całkowicie rozbity. Hitlerowcy
postrzegali jego przywódców jako zdrajców sprawy niemieckiej(...).
Okoliczności odbudowy Kościoła były tragiczne. Szybko okazało się,
że liczba wiernych skurczyła się o blisko połowę (ofiary wojny,
osoby które pozostały na Kresach Wschodnich, na Zachodzie czy na
Zaolziu”
Powyższy referat miał na celu przywołać w pamięci tych, którzy
oddali swoje życie za wolną i niepodległą Polskę oraz za Kościół, w
którym ludzie różnych wyznań mogliby poczuć się równi wobec
Najwyższego i wobec władz państwowych, gdzie nie byłoby lepszych i
gorszych, równych i równiejszych. Niepodległość Ojczyzny, która
przyniosła zarazem wolność wyznania, zrodziła w nich patriotyzm
godny naśladowania. Umierając wielokrotnie w ciszy i w zapomnieniu,
stawali się bezimiennymi patriotami bez pomników, tablic pamięci czy
wyświęceń. Ich imię brzmiało „zaginiony”.Po II wojnie światowej
„zaginiony” stał się „zapomnianym”,a jego poświęcenie
niedostrzeżone.
Ofiar na rzecz Polski złożonych przez Kościół Luterański nie
dostrzegł na pewno komunizm, który stopniowo na różnych
płaszczyznach niszczył go, zabierając kościoły, plebanie, szkoły czy
szpitale. Przywoływał przy tym argumenty natury: „demograficznej
(kościół winien przypaść większości wyznaniowej na danym terenie),
narodowościowej (ewangelicy to Niemcy, którzy powinni opuścić
Polskę, a kościół trzeba przekazać katolikom), historycznej (Kościół
Ewangelicki ma przedreformacyjne korzenie, więc w rzeczywistości
jest Kościołem Katolickim) i ekonomicznej (zbyt mała liczba wiernych
nie będzie w stanie utrzymać kościoła)” .Tak oto likwidowano i w
końcu wyrzucano z kraju wiernych. Nie można jednak powiedzieć, że
martyrologia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego skończyła się w 1945
roku.
A dzisiaj? Czy z takiej Rzeczpospolitej byliby dumni 60 lat po
wojnie i czy o taką Polskę walczyli, ci, którzy wtedy zginęli?
Na tych kilku stronach było niemożliwe, by wspomnieć o
wszystkich duchownych ewangelickich, którzy zginęli za Polskę w
czasie wojny, a także, tych, których śmierć zabrała po wojnie na
skutek przeżyć w obozach koncentracyjnych, więzieniach i na polach
walk. Ważne jednak, że byli, czasami bezimiennie umierając za naszą
Ojczyznę.
Im wszystkim należy się miejsce w naszej pamięci.
Na zakończenie pragnę przytoczyć słowa tego, który walczył i
zginął w tej samej sprawie ks. Dietricha Bonhoffera, by Kościół był
wolny wszelkiego rasizmu, nazizmu i braku tolerancji wobec drugiego
człowieka: „Nieskończenie łatwiej jest cierpieć w posłuszeństwie
wobec czyjegoś rozkazu niż w wolności własnego odpowiedzialnego
czynu. Nieskończenie łatwiej cierpieć we wspólnocie niż w
osamotnieniu. Nieskończenie łatwiej jest cierpieć publicznie z
honorem niż w ustroniu i pohańbieniu. Nieskończenie łatwiej jest
cierpieć, narażając życie cielesne niż ducha. Chrystus cierpiał w
wolności, osamotnieniu, w ustroniu i pohańbieniu, cieleśnie i
duchowo, odtąd wielu chrześcijan z Nim.”
Ks. Tomasz Wola
Życie wspólne
Napisane w 1938, a wydane po raz pierwszy w 1939 roku
dzieło Dietricha Bonhoeffera Gemeinsames Leben doczekało się
wreszcie swego tłumaczenia na język polski. Przełożone przez
Kazimierza Wójtowicza CR i opatrzone wstępem przez dr hab. Andrzeja
Napiórkowskiego OSPPE, ukazało się w serii Vita Consecrata,
wydawnictwa ALLELUJA z Krakowa.
Tu należy zaznaczyć, że nie po raz pierwszy intelektualiści
katoliccy i nie po raz pierwszy "Kraków", podjął się trudu wydania
na rynku polskim dzieła protestanckiego teologa, a idąc dalej
radować się tym, że obok tak renomowanych wydawnictw jak: "Znak",
"PAX" czy "W drodze", pojawiają się ciągle nowe wydawnictwa, których
zainteresowanie krąży wokół teologii protestanckiej (np. Oficyna
Wydawnicza "Signum" z Oleśnicy, która wydała na nasz rynek kilka
dzieł Paula Tillicha - tłumaczenia Jan Adriana Łaty, czy w/w
Wydawnictwo "ALLELUJA" dzięki, któremu na naszym rynku od 1999 roku
można dostać dzieło Krzyż i zmartwychwstanie Dietricha Bonhoeffera).
Struktura książki nie przedstawia zastrzeżeń, aczkolwiek
już na początku odczuwa się brak wstępu napisanego przez
protestanckiego teologa. Oparte na ostatniej edycji z 1997 roku
"Gemeinsames Leben" zostało pozbawione także indeksu: osób, rzeczy i
miejsc.
Po krótkim słowie wstępnym autora, znajdujemy pięć rozdziałów,
które pod względem tematycznym zgadzają się z podrozdziałami i
treścią dzieła. Pierwszy rozdział definiuje i ukazuje czym jest
życie wspólne i jak ważne w tej kwestii pozostają akcentowane w
luteraniźmie "sola gratia" i "solus Christus". Następny rozdział
dogłębnie ukazuje, jak powinien przebiegać dzień bycia we
wspólnocie. Zwracając zdecydowaną uwagę na to, czym jest i jaka
powinna być modlitwa chrześcijanina. Rozdział trzeci można uznać za
kontynuację poprzedniego, ze wskazaniem jednak na chwile
"samotności" we wspólnocie i modlitwę osobistą, po czym w płynny
sposób następuje przejście do następnego rozdziału dotykającego
służby we wspólnocie. Opierając się na wybranych tekstach biblijnych
Starego i Nowego Testamentu, autor uczula czytelnika na swego
bliźniego, z jego grzechami, osądzaniem, wysłuchaniem i
przebaczeniem. Piąty rozdział nosi tytuł "Spowiedź i Wieczerza
Pańska". W nim, Dietrich Bonhoeffer, powraca do przepracowanego
wielokrotnie w teologii protestanckiej tematu Sakramentu Ołtarza,
przede wszystkim zaś pokuty i spowiedzi. Uwrażliwia on w nim
czytelnika na dawno zapomnianą (w luteraniźmie) formę spowiedzi
przed "współbratem". To mowa oczywiście o spowiedzi nie przy
konfesjonale, w którym siedzi kapłan, a o wyznaniu grzechów przed
drugim chrześcijaninem ze wspólnoty, gdyż tu "...upada ostania
twierdza samousprawiedliwienia (...). Spowiedź przed współbratem
jest najgłębszym upokorzeniem, boli i pomniejsza, uderza z całą mocą
w pychę " "Zakończeniem" dzieła staje się wspólnota Stołu Pańskiego,
do której autor przygotowywał czytelnika przez cały ciąg wydarzeń
wyjętych ze wspólnotowego życia chrześcijanina.
Czytając dzieło "Życie wspólne", można dojść do wniosku, że stanowi ono drugi tom wydanego przez wydawnictwo "W drodze" (Poznań 1997) "Naśladowania" (Nachfolge) D. Bonhoeffera, w którym odczuwa się ten sam klimat i atmosferę. Idealistyczne poglądy autora będące efektem jego pracy i życia w seminarium kaznodziejskim w Finkelwalde pojawiają się na stronach obydwóch dzieł. Przepełnione duchowością i luterańskim chrystocentryzmem wskazują one na człowieka stojącego, wraz ze swym bratem, przed Ukrzyżowanym. Tu należy podkreślić, że trudno rozdzielić sytuację życiową D. Bonhoeffera z jego refleksją teologiczną . "Niewielu bowiem jest teologów, u których kontekst sytuacyjny i refleksja teologiczna tworzą tak nierozerwalną całość..." Gdyż do okresu 1939, autor dzieła "Życie wspólne" był tylko "teoretycznym" przeciwnikiem faszyzmu, żyjącym w nadziei, że wewnętrzny dramat Niemiec skończy się szybko, co później jednak przerodziło się w praktykę antyhitlerowską i spiskową działalność polityczną. Dlatego inaczej wyglądałaby myśl Bonhoeffera dotyczących "zemsty i sprzeciwu wobec wroga" przed 1939 rokiem: "Czy wolno nam wiec zmawiać psalmy nawołujące do zemsty? My, będąc grzesznikami i łącząc z tym tekstem złe myśli, nie możemy ich odmawiać, ale my - o ile jest w nas Chrystus, który sam doświadczył zemsty, aby Jego wrogowie zostali uwolnieni - my, jako członki tego Jezusa Chrystusa, możemy również i tymi psalmami się modlić: przez Jezusa Chrystusa." I po 1939 roku: "Byliśmy milczącymi świadkami czynów złych, jedliśmy chleb z niejednego pieca, nauczyliśmy się sztuki maskowania i wieloznacznej mowy; doświadczenia uczyniła nas podejrzliwymi i nierzadko musieliśmy skąpić ludziom należnej im prawdy i wolnego słowa, wśród konfliktów nie do zniesienia staliśmy się zepsuci, być może cyniczni i czy możemy się jeszcze przydać? Nie geniusze ani cynicy, mizantropi czy wyrafinowani taktycy, ale prości zwykli, szczerzy ludzie będą jutro potrzebni. Czy nasz opór wewnętrzny przeciw temu, co zostało nam narzucone, będzie dość silny, a prawości nasza wobec nas samych dość bezwzględna, by móc ponownie odnaleźć drogę do prostoty i szczerości?" Odpowiedź na to pytanie znalazła miejsce w życiu i śmierci luterańskiego pastora z Wrocławia (Breslau).
Wracając jednak do treści niniejszego dzieła, to powinno znaleźć się ono w księgozbiorze każdego chrześcijanina, gdyż w nim jest "coś dla każdego", począwszy od parafianina, który pojawia się raz w miesiąc w kościele, by przyjąć dary Stołu Pańskiego, aż po księży i biskupów, którzy ich udzielają. Prostota przekazu, z treścią myśli prekursora "świeckiego chrześcijaństwa", wprowadza czytelnika we owe "życie wspólne". Występuje tu subtelne wymieszanie "bultmanowskiego - egzystencjalizmu", z "bathiańskim Chrystusem", będącym pomostem nad próżnią diastazy. To On wyzwana nas, by wspólnie wypowiedzieć "Kyrie eleison". W tym miejscu należy zatrzymać się przy Wstępie do dzieła D. Bonhoeffera, dokonanym przez dr hab. Andrzeja Napiórkowskiego, bez którego "Wstępu książka ta byłaby jak ogród bez ścieżek i alejek."
Autor niniejszego Wstępu pomimo swych dobrych intencji nie ustrzegł się kilku podstawowych błędów, o których należy wspomnieć: na s. 15 najznakomitszy teolog protestancki XX z kościoła ewangelicko reformowanego (kalwińskiego) - Karol Barth - jest "reformowanym luteraninem", na s. 22 czytamy, że formą "pokrewną bierzmowania jest konfirmacja ale nie w sensie sakramentu." Na tej samej s. 22 dowiadujemy się, że dla Lutra, Kościół jest wszędzie tam. "Gdzie wiernie jest zwiastowana Ewangelia i udzielane są Sakramenty" - z czym można toczyć długą polemikę. Miłym ekumenicznym akcentem, bądź zwykłą pomyłką można nazwać mówienie o luterańskim duchownym "nasz niemiecki chrześcijanin "(s. 9). Wcześniej na tej samej stronie (s. 9) autor przeskakuje w błachy sposób z teologii liberalnej do 1933 roku i twórczości D. Bonheoffera, omijając bardzo ważny w dziejach autora "Życia wspólnego", okres teologii dialektycznej, a w szczególności osoby Karola Bartha, który wywarł niebagatelny wpływ na młodego teologa z Wrocławia. Wspólne działanie w Kościele Wyznającym i korespondencja pomiędzy nimi nie mogą przejść bez "echa" nawet gdy pisze się najkrótszą biografię, któregoś z nich.
Pomimo swych ekumenicznych intencji, autor wstępu za
Magisterium Kościoła rzymsko - katolickiego podaje, że luterańskiego
"wyznania nie można nazwać Kościołem, ponieważ nie zachowało
prawomocnego episkopatu i całkowitej rzeczywistości eucharystycznego
misterium. Jednak ochrzczeni w tej wspólnocie są przez chrzest
wszczepieni w Chrystusa i dlatego są w pewnej wspólnocie, choć nie
doskonałej, z Kościołem Chrystusowym."
Co jest prawdą i co można było zauważyć w niedawnej Deklaracji
Dominus Iesus z roku 2000. Tym cytatem dr hab. A. Napiórkowski burzy
całą atmosferę ekumenizmu, którą tak skrupulatnie budował od
pierwszych stron swego "Wstępu" Dlatego zasadnym wydaje się
stwierdzenie, że chodząc po owym "ogrodzie - wstępu", można zbłądzić
w niektórych "alejkach i ścieżkach", lub wejść w "ślepą uliczkę".
Sugerując wydawcy, współpracę z intelektualistami protestanckimi.
Na koniec, należy jednak najgoręcej podziękować wydawnictwu "ALLELUJA", za podjęcie się przekładu na język polski, tak długo oczekiwanego dzieła "Gemeinsames Leben". Z niecierpliwością czekając na więcej.
Ks. Tomasz Wola
Recenzja ukazała się w Kwartalniku społeczno-kulturalnym "Myśl Protestancka" w roku 2002
Ewangelik to Polak - Ewangelik to Pilanin
< Ostatnie lata przyniosły Miastu Piła wiele zmian. Do nich należy także powstanie Parafii Ewangelicko - Augsburskiej przy ul. Kilińskiego 7, która ze względu na sprawę toczącą się wokół budynku byłej plebani luterańskiego kościoła św. Jana, a teraz Społecznego Technikum Budowlanego stała się obiektem zainteresowania mediów. Zaczyna się mówić o "Powrocie Ewangelików". Ale przecież oni nigdzie nie odeszli!
Kim byli i są
Oni byli, są i będą zawsze związani ze stolicą północnej
wielkopolski. Można powiedzieć, iż stanowią nierozerwalną części
społeczno - kulturową Piły, a początki pilskiego luteranizmu sięgają
dwudziestolecia 1566-1586, gdy tutejszy starosta i wojewoda
poznański Łukasz Górka, jeden z czołowych protektorów Reformacji w
tym regionie, przekazał współwyznawcom miejscowy kościół parafialny,
a pierwsi pilscy ewangelicy byli Polakami. Niestety Kontrreformacja,
a później zabór - pruski wykrzywiły obraz Ewangelika - Polaka.
Jednak ci byli i w dalszym ciągu są wśród nas. Ten rok znakomicie
ich zaprezentował. Adam Małysz czy Jerzy Pilch zdobywca tegorocznej
nagrody Nike to Ewangelicy - Polacy "dziś", gen. Władysław Anders,
Stefan Żeromski czy Mikołaj Rej to Ewangelicy z "wczoraj".
Zginęli za Polskę
Sama Piła i jej okoliczne tereny niestety nie wydały na świat
tak znanych Ewangelików Polaków, o których wspominałyby dostępne nam
źródła Ale wielu z nich, którzy tutaj żyli walczyło z faszyzmem i
ginęło w obronie polskości. Jak choćby ks. senior Gustaw Manitius z
poznańskiej parafii, zamordowany w VII Forcie w Poznaniu przez
hitlerowców, czy naczelny biskup Kościoła Ewangelicko -
Augsburskiego w Polsce ks. Juliusz Bursche zamęczony na śmierć w
obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen - Oranienburg. Dlatego
najwyższa pora by w końcu wyjść ze stereotypu: Polak - Katolik,
Niemiec - Ewangelik, Rosjanin - Prawosławny. Gdyż to nie łączy nas w
jedność lecz powoduje niepotrzebne podziały. Wojewódzki Konserwator
Zabytków, pan Roman Chwaliszewskiego, podkreśla, iż "Piła od zarania
swych dziejów była miejscem pracy i życia ludzi różnych wyznań.
Wśród nich byli także ewangelicy - zarówno Polacy jak i Niemcy.
Współpraca ta przetrwała wieki. Dotyczyła ona zarówno ludzi
zwyczajnych jak i duchowieństwo. Jednym z takich przykładów były
bliskie kontakty proboszcza Miejskiej Gminy Ewangelickiej (Kościół
mieścił się w miejscu dawnego Placu Zwycięstwa) z duchowieństwem
katolickim, także polskim. Postawa ta była negatywnie oceniona przez
władze hitlerowskie, które uwięziły tego przepojonego duchem
ekumenizmu duchownego. Obecnie dziedzictwo kulturowe naszego miasta
i regionu przepojone jest wieloma elementami duchowości oraz dorobku
materialnego ewangelików. Należy zaliczyć do nich głównie budynki
kościelne i cmentarze. Dla jednych są one świadectwem historii i
ludzkiego trwania , dla innych zaś pomostem kontynuacji."
Tworzyli naszą kulturę
Dziś po wielu latach ewangelicy pilscy mogą spokojnie spotykać
się w swej małej Świątyni przy ul. Kilińskigo 7, zjeżdżając się z
najróżniejszych miejscowości byłego województwa pilskiego. Gdyż w
końcu mają swojego księdza na miejscu i swoją plebanię. Znów
zrodziła się możliwości by mogli wśród nas egzystować pilscy -
luteranie, którzy przecież tak dużo wnieśli w życie i krajobraz
okolicznych terenów. To przecież kościół rzyk. - kat. przy ul
Browarnej, to ogromny budynek Urzędu Miasta przy placu Staszica, to
szkoły, cmentarze i plebanie, które teraz wielokrotnie służą do
innych celów. A to oznacza jedno, że ludzie tego wyznania
współtworzyli kulturę i tradycje miasta Piła, które było znane z
tolerancji i współegzystencji wielu wyznań. A jak jest teraz?
Tolerancja
Pojęcie tolerancja znalazło swoje miejsce w słowniku naszego
społeczeństwa, lecz nie do końca jest ono tak samo rozumiane. Wiele
osób czy instytucji jest tolerancyjnych, do momentu kiedy "Ten Inny"
się nie odzywa i kiedy "Ten Inny" nie prosi o swoje. Jednak dopiero
przy takich próbach, to słowo nabiera swego właściwego wymiaru i
znaczenia. Tak się stało i Pile.
Władze Miasta jako jedne z pierwszych w województwie
wielkopolskim bezkonfliktowo uregulowały sprawę zwrotu byłych
nieruchomości Kościoła Luterańskiego w Polsce. Kompromis ten nie
godził ani w interesy Miasta i ani Kościoła. Miasto zyskało 18 ha
gruntów, na swoją własność, o które nikt się już nie upomni, a
Kościół Ewangelicko - Augsburski w Polsce zyskał nową Parafie w Pile
z filiałem w Chodzieży, w której nie dawno miała miejsce pierwsza -
historyczna konfirmacja po II wojnie światowej.
Tym sposobem Władze Piły podtrzymały chlubą tradycję naszego
Miasta, jako miejsca tolerancji i poszanowania praw "Tego Innego".
Ks. Tomasz Wola
Artykuł ukazał się w "Tygodniku Nowym" 20.11.2001r.